Zapisowy szał biegowy…albo odwrotnie

Są w kalendarzu biegowym niektóre wydarzenia tuptające, które możemy określić, jako prawdziwe perełki biegowe. Są to takie biegi, na które czekamy z utęsknieniem, odliczając dni, a nawet minuty do chwili, kiedy zapisy się zaczną. No, a kiedy się czas zapisowy ruszy, to mamy prawdziwy tajfun atakujących na przydział wolnych miejsc, a limit ustalony przez organizatora topnieje z każdą minutą.

Kiedyś pamiętam taki szał zapisowy na Maniacką Dziesiątkę, a z kolei na np. Drzymałę czy niektóre te najbardziej sztandarowe Biegi

Czytaj Dalej ->

11 Poznań PKO Półmaraton – prolog

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Sady masz rację, udział w takim wydarzeniu – bezcenne. Marku super, że miałeś przyjemność nie tylko biec, ale i zrobić sobie fotkę z Tomaszem Zubilewiczem. Dzisiaj w naszych okolicznych parkrun mocne zagraniczne ekipy biegły.

Sobotni brzask i fruwających stworzeń śpiew połączony z dziwnym odczuciem wewnętrznego drżenia poderwał mnie na nogi już w okolicy 6 rano. Zgodnie z moim sobotnim planem działania ( jeżeli nie mam rzecz jasna w sobotę pracy) rano udałem się na Cytadelę, by w moim ulubionym biegowym cyklu już po raz 230 wystartować. Dzisiaj na parkrun pojawiły się tłumy gości nie tylko z naszego kraju. W sumie naliczyłem około 20 osób i co chyba nie dziwi głównie z Wysp Brytyjskich. Spora ekipa naszych ziomków ze Szkocji, co chyba nie jest niespodzianką, bo wiadomo, że nas Poznaniaków wygnano ze Szkocji za skąpstwo ( albo rozrzutność – obie wersje są równie popularne) i kiedy można za darmo jakiś bieg zaliczyć, to żaden szanujący się Szkot ani Poznaniak nie przepuści takiej okazji.

W sumie dzisiaj na parkrun pojawiło się prawie 200 osób, z czego podejrzewam minimum 1/3 jutro wystartuje w głównym biegowym wydarzeniu tego weekendu w naszym kraju. Nie muszę chyba dodawać, że dzisiaj bieg czysto treningowo i rekreacyjnie na luzie i bez spuszczania się na wynik. Po parkrun jak zwykle ciasto, ciastka, woda czyli niezmienny w Poznaniu dar konsumpcyjny biegających dla biegających. Po zaliczeniu obowiązkowych w sobotę 5 kilometrów szybko do domu, a następnie po ogarnięciu się w okolicach 13-14 udałem się na Targi Poznańskie, by odebrać pakiet startowy. W odróżnieniu od zeszłego roku tym razem wejście było od głównej bramy. Nie muszę dodawać że tłumy biegaczy po drodze spotykałem, Jedni wchodzili, inni już wychodzili, ale wszyscy już  z lekka podpaleni jutrzejszym wydarzeniem. Kiedy wszedłem do środka jak często się zdarza na początki istne targowisko biegowych próżności, czyli dziesiątki stanowisk, skąd dobiegały zachęcające zaproszenia: buty, koszulki, żele, badania, porady jednym słowem zakupowy szał biegowy. Każdy kto chciał wydać pieniądze, lub posiadał ich zbędny i możliwy do stracenia zasób w portfelu z pewnością znalazł chętnych na to, by swoimi pieniędzmi się podzielić.

Na końcu wszystkich stanowisk jak zwykle cicho schowane i nie rzucające się zbytnio w oczy miejsce odbioru pakietów. Chociaż należy uczciwie przyznać, że bardzo profesjonalnie przygotowane. Najpierw każdy mógł w wystawionych kompach sprawdzić swój numer startowy, a następnie pamiętając go zrobić pielgrzymkę po poszczególnych stanowiskach, czy jak kto woli bramkach, zgodnie z nazewnictwem ze starego teleturnieju. Tyle, że tutaj nie mieliśmy do wyboru jednej z wielu bramek, tylko każdą musieliśmy odwiedzić. I tak w pierwszej dostawaliśmy kopertę w naszym numerem startowym i trochę średniowiecznym chipem, który będzie trzeba przymocować do butów i broń Siło Wyższa nie zapomnieć, by oddać na mecie. Następnie udawaliśmy się do bramki numer dwa, a tam czekała na nas torba z koszulką, informatorem oraz izo. No i jakże inaczej bramka numer trzy, gdzie czekał miód do gardeł biegających czyli piwo. Ale nie zwykłe piwo, tylko limitowane grodziskie Ale z rodziny tak wyjątkowych piw rzemieślniczych. I co by było ciekawiej nie zwykłe piwo, ale z zieloną herbatą. Muszę przyznać, że aż się mam wyrzuty sumienia, że korci mnie otworzyć.

Kiedy już wszystko zostało odebrane mogłem udać do specjalnego stoiska, gdzie czekała na nas pasta party. W tym roku przetarg na dbanie o nasze smaki i zapełnienie żołądków wygrała Mobilna Karczma Lubelska Graf Marina, ostatni niech zamknie drzwi. Jeżeli biega o ilość poczęstunku, to było go tyle, byśmy broń Siła Wyższo się nie najedli i poczuli zbytnio rozleniwieni. Myślę, że odpowiednia nazwa do tego, co otrzymaliśmy powinna brzmieć: pasta naparstek party. Co do smaku trudno mi się wypowiedzieć, bo wiadomo, że my faceci jesteśmy szczęśliwymi typami i zbytnio arkanów smakowych nie rozróżniamy. Napiszę tylko, że sam makaron był dziwnie rozmemłany, a sos a w zasadzie jego namiastka może nie był zły, ale dziwny. Zresztą jak sam nakładający to określił: makaron z sosem pomidorowym. Dodałbym jeszcze że ze słoika. Nie mogłem się powstrzymać i zrobiłem zdjęcie tego poczęstunku

Na szczęście nie było tego tak dużo, by się zbytnio zniesmaczyć i trochę głodny, ale na szczęście nie zatruty wróciłem do domu. Można napisać, że poza pasta naparstek party reszta prologu była udana. Kiedy wychodziłem porozmawiałem jeszcze z panem, który zagląda na mojego bloga, co było dla mnie szczególnie miłe. Zobaczymy co przyniesie jutrzejszy dzień. Czytaj Dalej ->