Zimowe przypadki biegacza

Muszę przyznać, że dzisiaj miałem  sporo szczęścia. Znowu mógłbym powiedzieć, ze nawet przewyższyło ilość rozumu ( o ile takowy jeszcze jest) w mojej głowie. Od kilku dni chodziłem trochę struty. W poniedziałek, kiedy zaczęło padać  nie ruszałem mojego samochodu i sobie stał pod domem.  Kiedy ścisnął mróz tym bardziej go nie ruszałem. Z pełnym zrozumienia uśmiechem patrzyłem na ludzi, którzy godzinami zeskrobywali  lód ze swoich samochodów.  Ja uznałem, że sobie spokojnie poczekam. We wtorek, kiedy już

Czytaj Dalej ->

Snieżne bieganie

Wychodząc dzisiaj z domu, wszedłem w białe zaspy śnieżne. Czyli można powiedzieć, że w tym tygodniu mieliśmy już trzy rodzaje nawierzchni, firmowane znakiem pani Zimy. Tak więc najpierw była lodowa, gładka, prawie bez skazy wykładzina, potem spękany krystalicznie zmrożony chodnik, a dzisiaj śnieżny dywan. Może i jest w tym pewien urok, ale chociaż wyjątkowo się staram, nie do końca mogę go znaleźć. Ale przynajmniej próbuję. Po południu ten śnieżny dywan już ostro zszarzał, pobladł i robił się taki mało interesujący.

Czytaj Dalej ->

Zimowa bieganinka część druga

No cóż Sławku, w tym co napisałeś chyba coś jest.Rano, kiedy wychodziłem do pracy, pierwsze co to oceniałem warunki panujące na drodze pod kątem popołudniowego biegu. Dopiero po wstępnej ( nawet pozytywnej ocenie) zastanawiałem się jak dzisiaj dostanę się do pracy. Samochód przypominał jedną lodową kukłę. Był dokładnie opatulony lodem. Wczoraj go nie ruszałem, jechaliśmy ze znajomym jego,  więc ominęło mnie wczorajsze skrobanie, ale dzisiaj to nie było opcji. Musiałem szukać alternatywnych rozwiązań, dostania

Czytaj Dalej ->

Ekstremalne bieganie

Muszę przyznać, ze wczoraj miałem więcej szczęścia niż rozumu. Jak pisałem, kiedy biegłem rano, padała marznąca mżawka, była jakaś ślizgawica, ale jeszcze do ogarnięcia i opanowania. Dało się biec. Natomiast dwie godziny później już wyjść się nie dało z domu. Na chodniku leżał jeden ciągły lód. Tak samo na jezdni. Nieprzerwana błyszcząca warstwa, po której iść się nie dało, o bieganiu nie wspomniawszy. Ale niektórzy jeździli . No i potem się słyszało o wyciąganych z rowów, a także  tworzących surrealistyczne

Czytaj Dalej ->

Niedzielne rozważania

Na początku dzisiejszego pisania pragnę podziękować za wczorajsze komentarze. Szczególnie gratuluję Sławkowi za pokonanie 10 km. Super, że udało się Tobie przełamać godzinę. Czas podczas treningu zawsze jest dużo gorszy, niż w czasie biegu zbiorowego na czas. Ja także np. teraz robię 11.5 trochę powyżej godziny, a mój najlepszy wynik na 10 km, to podczas Biegu Niepodległości w Luboniu w zeszłym roku, kiedy uzyskałem 48.58. Dla innego porównania, dzisiaj „ ósemkę” zrobiłem w 45.26. Co prawda pogoda dzisiaj byłą

Czytaj Dalej ->

Kolejny Parkrun za nami

Jak co sobotę rano nie mogę dospać, wiedząc, ze kolejny Parkrun przede mną. To już faktycznie nałóg. Bo zrywać się z łóżka przed szóstą w sobotę wiedząc, że sumie mogę jeszcze spokojnie do siódmej  pospać?  Jest w tym szaleństwie metoda, ale może nie do końca wiem jaka. Ale wróćmy do poranka. Wstaję, szybkie spojrzenie na dwór, a tam mleczny  gęsty welon opatulił miasto. Czyli mamy mgłę. Kiedy wyszedłem stwierdziłem, że jest dosyć ciepło ( jak na tą oczywiście porę roku), ale mgła tworzyła, dosyć

Czytaj Dalej ->

I znowu piątek

No, to mamy kolejny piątek, czyli czas na mój dzień bezbiegowy. Rano wstając już sobie myślałem „ jak ja to przeżyję?” Ale nic  trzeba dać radę. Nie ma innej opcji. Założyłem taki, a nie inny harmonogram działań, a jak coś założyłem, to już przepadło. W  pracy, jak to w pracy, czas minął i z powodu klasycznego nadmiaru zadań  nie było żadnych szans na zajmowanie się innymi sprawami.  Do tego jeszcze deszcz uskuteczniał harce  za oknem, więc bez reszty oddałem się tym najmniej rozkosznym ze wszystkich stosunków,

Czytaj Dalej ->