Zwycięstwo czy klęska czyli relacja z Maratonu we Wrocławiu

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany, także nie przewidywałem, że będę miał przygodę z niemal pustynny bieganiem. Ale zacznijmy od początku. Michu dzięki za gratulacje, chociaż mam wątpliwości, czy zasługuję na nie.

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany, także nie przewidywałem, że będę miał przygodę z niemal pustynny bieganiem. Ale zacznijmy od początku.

Pobudka, zgodnie  z założeniem tuż przed 4. Jechaliśmy ekipą, więc zebraliśmy się w określonym miejscu i ruszyliśmy do Wrocławia. W czasie drogi ustaliśmy, że w okolicach 14 wracamy z powrotem, gdyż 5 godzin na pokonanie trasy, to jest maks. Wtedy, bazując na moich wcześniejszych doświadczeniach i startach, też mi się tak wydawało. Co prawda lekki niepokój we budziła moc biegowa ekipy, z którą jechałem, gdyż najgorsze życiówki były na poziomie 3,5 godziny,  był i pan, które miał poniżej 3 godzin na rozkładzie. Do tego jeszcze biegi  ultra i co ja w tej ekipie robię? No, ale miałem nadzieję, że poczekają na mnie na mecie.

We Wrocławiu byliśmy w okolicach godziny 7, więc każdy bez problemu odebrał pakiet startowy i zgodnie ze swoją wizją poszedł, czy poszła ( bo była wśród na jedna pani) się rozgrzewać. W okolicach 8,30 usłyszeliśmy informację z głośników, że pora ustawiać na starcie.  Miałem możliwość przywitać z paroma osobami, które do mnie podeszły mówiąc, że czytają mojego bloga, co sprawiło mi sporą radość i frajdę. Stanąłem sobie spokojnie w strefie, która w moim odczuciu najbardziej mi odpowiadała i czekałem na start. Z każdą chwilą robiło się cieplej, ale jeszcze aż takiego upału nie było. W końcu to dopiero była godzina 9. No i na dany znak ruszamy, każdy zgodnie ze swoją mocą i wizją. Biegłem sobie spokojnie nie szarżując, wiedząc, że może być nie ciekawie. Tym bardziej, że gdzieś mi mignęło oznaczenie temperatury: 30 stopni powietrze, 40 przy gruncie. A to jeszcze nie byłą 10 godzina. Tak do 15 chyba kilometra było względnie ok. Biegłem spokojnie, stałym tempem i mogło nie być jeszcze źle. Niestety potęgujący się z każdą minutą upał wysysał moje siły. Jestem typem raczej zimnolubnym, niż gorąco więc z reguły wysoka temperatura nie najlepiej na mnie wpływa. A tutaj jeszcze biegłem. Ba nawet po drodze, kiedy spotkałem brata salezjanina z napisem na koszulce, że można się wyspowiadać podczas biegu, to stwierdziłem a może… Powiedzmy sobie, że nie jestem religijny i to bardzo mało religijny, ale czasem warto swoją czarną niczym kopalnia węgla kamiennego duszę oczyścić. Przynajmniej na parę dni. No i po spowiedzi oczyszczony nawet przyśpieszyłem.  No i tak fajnie mi się biegło gdzieś do 15 gdzieś kilometra. Już wtedy  zaczął się dramat. Co dziwne nie był on związany z butami, czy też nogami, ale ogólną wszechogarniającą słabością. Czułem się, jakbym na razie powolną windą zjeżdżał w rozpalone piekielne otchłanie. Napisałbym Tartaru, ale z racji wyspowiadania powstrzymam się jeszcze przed moimi trochę innymi porównaniami. Możliwe, że to właśnie była moja pokuta za wszystkie grzechy. Z tempa biegowego już wtedy zrobiło się niemal człapiące. No, ale biegłem. Co kawałek woda, z której powiedzmy częściowo korzystałem. Tam, gdzie można było się ochlapać, tam się chlapałem, gdzie wszyscy pili, ja tradycyjnie dwa, trzy łyczki i tuptałem dalej. Po 20-stym każdy kolejny kilometr, to już była wojna. Tu już myślałem o zejściu z trasy. Gdzieś tam mi mignęła karetka, gdzie leżał biegacz pod kroplówką. Pomyślałem, że może też się tak wzmocnię. W granicach 30-stego kilometra, kiedy już ledwo nogami drobiłem, zatrzymałem się przy karetce z prośbą: „panowie, szybka kroplówka i biegnę dalej”. Popatrzyli na mnie jak na wariata. Kazano mi się położyć, podniesiono nogi, które oparłem na jakimś podpórku i kazano czekać na busa zbierającego zawodników po upływie czasu.  Przy okazji zbiegło do mnie dwóch znajomych, czy wszystko ok i czy żyję. Nie żyłem, ale  tego mi było potrzeba. Po jakiś 10 może 15 minutach poderwałem się i nie zwracając uwagi na protesty sił  medycznych poczłapałem dalej. Każdy kilometr to były piekielne katusze. Ale z drugiej strony pewne rajskie pierwiastki także były włączone. Szczególnie, jak kiedy jednej czy drugiej pani kibicującej na trasie przesyłałem buziaki. Na to siły zawsze miałem.

 No i po drodze ci wyzywający kierowcy. Oj, było ich trochę. Jeden nawet próbował wbiec na trasę z zamiarem diabli wiedzą, linczu czy czegoś innego, krzycząc ile sił w płucach. że stoi ponad godzinę a tu tacy człapacze.  No, ale człapałem. Jeszcze na dwa kilometry przed metą chciałem zejść. Znowu podszedłem do karetki mówiąc, że to już koniec, że nie ma już nic, nie będę szedł dalej, bo nie ma już nic. Pan ze służb medycznych spojrzał na mnie i powiedział krótko: „mogę pana zdjąć z trasy. Ale ma pan jeszcze trochę ponad 2 kilometry do pokonania. Wybaczy pan sobie”? I tego mi było trzeba. Czołgając się nie niemal, po czterech, ale dotarłem do mety. Do ustalonego limitu czasowego 15 minut miałem zapasu, ale to nie ważne. Zmieściłem się w limicie, a że miejsce fatalne i praktycznie sam koniec stawki, to chyba nie ważne. W każdym razie ostatni nie byłem.

Oczywiście moja ekipa transportowa nie czekała na marudera, tylko pojechali, ale takie życie. Kto późno przychodzi  ( gdyż w tym miejscu trudno napisać przybiega) sam sobie szkodzi. No, ale doczłapałem się i już wiem co to znaczy sięgnąć granicę niemożliwych do osiągnięcia poziomów swojego ego. A dzisiaj od rana mam takiego “kaca”, że chodzę i piję wszystko, co mi w ręce wpadnie. Rano, jak stanąłem na wadze, to okazało się, że wczoraj “zgubiłem” prawie 3 kilogramy. No i na koniec jeszcze jedna, drobna uwaga. Jeszcze nigdy nie miałem tylu wątpliwości nad sensem tego co robię i tylu przypadków, że  chciałem poddać. I cały czas się zastanawiam, czy tej mój upór jest rozsądny. Zresztą tych pytań jest sporo. Jak ocenić te moje wczorajsze “osiągnięcia” biegowe. Zwycięstwo to raczej nie było, czy klęska…  Do mety jakoś dotarłem. Sam już nie wiem.

Na koniec jeszcze jedna uwaga dla Orgów. Po takim wysiłku fajnie, gdyby na mecie woda na nas jeszcze czekała, a nie tylko odliczana gorąca herbata i ryż z czymś tam, którego nie mogłem przełknąć. Tak sobie jeszcze myślę, o tej spowiedzi, którą odbyłem. Ten bieg, ta wojna, to co przeżyłem, było chyba moją pokutą. Pytanie, czy jestem bardziej religijny niż byłem, czy wykorzystałem sytuację, jak tylko chwilowe oczyszczenie? Wolę nie wgłębiać się w takie przemyślenia.


18 thoughts on “Zwycięstwo czy klęska czyli relacja z Maratonu we Wrocławiu”

  • 1
    ~Jan on Wrzesień 28, 2016 Odpowiedz

    Panie Michale gratulacje!!!!
    Myślę, że wielu biegaczy w tą upalne niedziele wybrało złe strefy na starcie…. Ukończyłem o 30 minut później niż planowałem bo z czasem 4.58.
    Jednakże przezwyciężenie wĺasnych słabości i otrzymanie medalu dało mi nieporównywalnie więcej radości i satysfakcji niż przebiegnięty w zeszłą niedzielę (z czasem o 20 min lepszym) Maraton Warszawski.
    Gratuluję Pani Michale.

  • 2
    taniec-pasja on Wrzesień 19, 2016 Odpowiedz

    fajnie miec pasje biegacza

  • 3
    ~GPNowak on Wrzesień 14, 2016 Odpowiedz

    Pora ozywic dyskusje 🙂
    Zatem przyznam.ze rzadko tu bywam bo hmmm wg mnie hmm zbyt duzo tresci i slow o niczym co powoduje ze wieje nuda…wybacz szczerosc.p
    Jesli chodzi o Wroclaw wg mnie pelne zwyciestwo .w kazdym z nas jest nieco pychy kazdy chce zeby inni go klepali po plecach i chwalili,mimo to wybrales Maraton nie jakies rozdanie nagrod w dodatku w ekstremalnych warunkach sie nie poddales zyskales tym moj szacunek…wiemy obaj ze 3 godz.to raczej nie bedziesz juz lamal ale znam takich co widzac ze np nie zlamia 3 godz schodzili z trasy bo nie earto i smieszy mnie to….maratonczyk musi walczyc do konca…to proba charakteru…kazdy z maratonow moze byc naszym ostatnim….zwyciezcami sa Ci ktorzy walcza .!Czas to kwestia drugorzedna.Ukonczyles.zyjesz .zapamietasz ten dzien malej Viktorii do konca zycia ….Jesli chodzi o towarzyszy podrozy…calkowicie bez komentarza….zachowanie godne najemnikow ..maratonczycy powinni sie wspierac.

  • 4
    ~Przemek on Wrzesień 13, 2016 Odpowiedz

    Każdy kto brał udział w tym maratonie walczył z upałem. Ja chciałem zrobić życiówkę i połamać 2:50 wyszło 2:57. Byłem na mecie do samego końca i podziwiałem wszystkich którzy walczyli do mety. Niektórzy przybiegli poza limitem i cieszę się że Organizator na nich poczekał. Wielki szacunek dla Ciebie i tych wszystkich którzy wytrzymali tyle godzin w słońcu. Z tego medalu możesz byc naprawdę dumny bo rzeczywiście o niego walczyleś i wygrałeś. Powodzenia na kolejnych zawodach 🙂

  • 5
    ~Maciek on Wrzesień 13, 2016 Odpowiedz

    Też zgadzam się z komentarzem, że … to ZWYKŁE ŚWINIE.
    Co do rozstrzygania czy to zwycięstwo, czy porażka … potraktowałbym wszystkie Twoje tegoroczne maratony jako biegi po Koronę. Nic więcej się tu nie liczy. Nie można się w pełni zregenerować po maratonie w dwa tygodnie, a przecież wiosną również biegałeś w małych odstępach czasu. Co do odwodnienia to widać, że masz jakieś problemy z gospodarką płynami na tak długich dystansach przy skrajnie niekorzystnych warunkach pogodowych. No ale to trudno wyćwiczyć. Trzeba chyba albo wiedzy, albo doświadczenia ze startów. Oby ten był też takim cennym doświadczeniem. Powodzenia w Warszawie.

  • 6
    ~insetto on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Gratuluję ukończenia! W tych warunkach naprawdę sam bieg był wyzwaniem, a dystans był tylko poboczną przeszkodą. 😉
    Jak już napisano wyżej, na naszym poziomie nie ma znaczenia, czy na mecie mamy miejsce 4356., czy 6534. Liczy się ukończenie i przezwyciężenie własnych słabości oraz przeciwności losu (pogody?). Udało się – i jest OK!
    O ekipie transportowej ciężko się wypowiadać…
    Do zdobycia Korony masz coraz bliżej.
    Pozdrawiam regeneracyjnie!

  • 7
    ~Aga on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Trzymaj się. Z każdej porażki wychodzimy silniejsi. Bieganie jest dobrym nauczycielem pokory, ale też siły i determinacji. Dobrze, że Ci się nic nie stało. Pozdrowienia!

    • 8
      ~Marek on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

      Ukończył a więc zwyciężył. Nie ma mowy o porażce. Nie da się stale poprawiać wyniku. Okoliczności mają wiele do powiedzenia. Tym razem było trudno. Tym samym wartość medalu wzrosła. 😉

  • 9
    ~Małgorzata Wrzesińska on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Tez nie lubię upałów i startując w takowy, wiem, że wyjdę mocno poza strefę komfortu ryzykując a co do zachowania towarzyszy to … bez komentarza …ale nie , skomentuje; już bym więcej nie jechała z takim towarzystwem, które zostawiło by mnie na pastwę losu, to nieludzkie zachowanie i egoistyczne. I bardzo przykro mi się zrobiło jak to czytałam. Człowieka nie czyni wynik niżej 03:30 w maratonie ani ilość ultra na koncie ale to jak traktuje innych.

  • 10
    ~Szanowna Małżonka on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Nazwijmy rzeczy po imieniu – współtowarzysze podróży zachowali się jak ZWYKŁE ŚWINIE. Taki sam skład jaki jedzie, powinien wrócić. Nie interesuje mnie, że umówiliście się na jakiś-tam-określony-czas. Gdyby mój pasażer nie dotarł, domyśliłabym się że coś mu się mogło stać. Należałoby uruchomić służby i odnaleźć człowieka, pozostawienie go w obcym mieście jest podłe. Takich “znajomych” posłałabym do stu diabłów!

    • 11
      ~Marek on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

      Słuszna uwaga. Bieg biegiem ale jakieś poczucie odpowiedzialności ludzi dorosłych obowiązuje. Zostawić człowieka bez zainteresowania w obcym mieście w samym stroju biegacza to nie do pomyślenia. Przecież są telefony, można dzwonić nawet w trakcie biegu.

  • 12
    ~zygadlewiczp on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Tak się zastanawiam, czy wczoraj była jeszcze przyjemność z biegania… Oczywiście na mecie była ogromna radość że dałem rady i przygotowania przyniosły efekt. Warunki były jakie były, każdy powinien wiedzieć na co go stać i tak planować bieg. A nad motywami wczoraj biegnących chyba nie ma co się zastanawiać bo jest ponad 5 tys. odpowiedzi.
    Pozdrawiam

  • 13
    ~miro on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Każda osoba, która wczoraj dobiegła do mety jest zwycięzcą. Trasa idealna do biegania, miejsce super. Masz rację widziałem również kierowce co ryja darł. Pogoda aż zanadto dopisała 🙂
    Ale bieg bardzo pozytywny.

  • 14
    ~Kamil on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Też uważam, że ekipa powinna zaczekać. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że taka postawa nie przystoi biegaczom. Ja bym się martwił, dlaczego kompan nie wrócił a tu widzę pełna znieczulica i w drogę. A odnośnie biegu to nie zawsze idzie zgodnie z planem i po tym poznaje się prawdziwy charakter jak radzi sobie w takich sytuacjach. Gratulacje! Ukończyłeś. A jaka to różnica dla nas amatorów czy na 4569 czy też na 6432 miejscu 😉 Złotych gaci i tak nie udało się wygrać 😉

  • 15
    ~Katarzyna on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    brawo i tak!
    pogoda była niestety straszna do biegu – podziwiam po stokroć!

    a nie ładnie się grupa zachowała, że nie poczekała 🙁

  • 16
    ~michu77 on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Brzydko, ze strony ekipy transportowej że nie poczekali… no chyba że to przypadkowi ludzie, a nie znajomi…

  • 17
    ~3:36 on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    te katusze to odwodnienie, wystarczylo sie nawadniac i schladzac a bieglo sie super
    piszac o nawadnianiu mam na mysli min 0.5 litra na 6-7km a nie 2-3 lyczki od czasu do czasu

  • 18
    ~Uczestnik, czas poniżej 3:30 on Wrzesień 12, 2016 Odpowiedz

    Zwycięstwo organizatorów z upałem zapewniając biegaczom co 2,5 km jedzenie i wodę w każdej postaci do ochłody i picia, porażka wielu biegaczy nie trenujacych w upale i nie zaaklimatyzowanych do wyższych temperatur, którzy przecenili swoje siły. Informacje do biegaczy o upale były od tygodnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.