Poznański parkrun po krakowsku

Przedświąteczna wolna sobota, to wiadomo dokąd moje nogi z rana ciągną. Kiedy jest czas i możliwości to czuję nieodparty zew Cytadeli w duszy mi rozbrzmiewający.  W końcu jeżeli sobota poranna godzina, to parkrun się zaczyna. Kiedyś jak byłem dzieckiem w niedzielę o 9 był teleranek ( tylko w jedną nie było, ale to zupełnie inna historia) i to był czas, na który cały tydzień z utęsknieniem się oczekiwało. Teraz już z teleranka się wyrosło, zresztą z nadmiaru innych dziecięcych programów już wypadł z rozpiski telewizyjnym, ale dla nas trochę starszych na zawsze w pamięci pozostanie. Teraz zresztą przenieśliśmy czas tygodniowego oczekiwania z niedzieli na sobotę, ale godzina i tak pozostała niezmienna. Bo o 9 w sobotę godnie weekend i cały nadchodzący tydzień zaczynamy parkrun, który tak jak niegdyś teleranek w duszy zakwitł.

 Dzisiaj na Cytadeli  byłem dosyć wcześnie, gdyż tuż po godzinie ósmej. Do startu dużo czasu, nikogo jeszcze nie było, co tu robić? Nie ma co się zbytnio zastanawiać, więc zrobiłem sobie przed parkrun treningowy. Z racji, że na dużym luzie, więc może o czasie nie będę się wypowiadał dość, że kiedy doczłapałem do mety, która jest jednocześnie miejscem zbiórki już pierwsze osoby się pojawiły. Jak zawsze się witaliśmy podziwiając coraz więcej osób niczym rzeka na miejsce zbiórki napływających. Kiedy nadbiegł czas udania się i zebrania na starcie, to tak na oko około 200 osób było, co jak na czas świąteczny jest godnym wynikiem. No, ale z drugiej strony, jak można uciec z domu, zamiast uczciwym przygotowaniom przedświątecznym się oddać, to wiadomo.

Podczas przywitania wszystkich okazało się była dzisiaj wśród nas mieszkanka mojego ulubionego miasta, czyli Krakowa, gdzie w czasach studenckich trochę długich miesięcy spędziłem. No, ale to też inny temat.  Kiedy z panią chwilę porozmawiałem okazało się, że ona studiowała w Poznaniu, ja w Krakowie, więc był temat do rozmowy. No, ale za długo nie można było rozmawiać, gdyż padł sygnał startu i każdy ruszył swoim rytmem i czasem do mety. Wiedząc, że nasza pani gość miała praktycznie 4 lata przerwy w bieganiu postanowiłem moim spokojnym tempem ciągnąć ją za sobą. Co prawda myślałem, czy to nie będzie za spokojne tempo ale okazało się optymalne. Starałem się utrzymywać czas równy, tak na poziome 5.20-5.30 na kilometr. W czasie biegu od czasu do czasu wspierałem panią tekstami motywacyjnymi, szczególnie wtedy, kiedy widziałem i czułem, że już faktycznie jest na granicy. Troszeczkę wtedy zwalniałem, by potem znowu przyspieszyć. Ostatni kilometr widziałem, że już jest ciężko, ale udało się i dotarliśmy do mety razem, ale oczywiście na mecie ze wskazaniem na panią. Potem, co mi było szczególnie miło pani stwierdziła, że gdyby nie ja by nie dobiegła, po czym udała się do domu, a ja jeszcze rodzinna fotka i biegiem także do domu.

Kiedy napisałem te słowa okazało się, ze wyniku już są. Oboje z panią mieliśmy ten sam wynik, na poziomie bardzo spokojnym 26.39. Kiedy zerknąłem na wyniki pani, okazało się, że to był jej drugi parkrun, gdzie pierwszy faktycznie miała 4 lata temu. Mimo, że miała prawie 4 lata przerwy, to okazało się, że dzisiaj poprawiła swoją życiówkę o prawie 3 minuty bez 7 sekund, czyli chyba byłem nie najgorszym prowadzącym w tym naszym poznańskim parkrun po krakowsku.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o