Nasze biegowe poranki i wieczory

Naszą biegową pasję możemy podzielić na dwie główne odsłony. Pierwsza to jest nasz codzienny czy parę razy w tygodniu robiony trening. Jest to taka nasza stała potrawa biegowa. Ona w większość napełnia czy też zaspakaja obudzony nie wiadomo dlaczego głód biegania. Tutaj nie mamy jakiś ram czy raczej rygorów czasowych. Wychodzimy na trening kiedy mamy czas, kiedy pasuje, a co najważniejsze, kiedy się chce. Nie chce się w jednej godzinie, trudno pobiegnie się w następnej, albo jeszcze innego dnia. Nikt nam nic nie każe, wszystko jest uzależnione od naszych indywidualnych preferencji, a co najważniejsze chęci. Ktoś woli rano, ktoś woli wieczorem, jak komu pasuje tak biega.

Drugą odsłoną naszej pasji, to są biegi zorganizowane. One stanowią jakby sól, moc przypraw, dodających prawdziwego smaku w sumie trochę mdłej naszej codziennej pasji. To właśnie świadomość, że jesteśmy gdzieś zapisani, że mamy potrzebę np. cotygodniowego stawania na starcie w przypisanej nam lokalizacji parkrun dodaje takiego ognia naszej biegowej pasji. Tyle, że w zdecydowanej większości przypadków starty zorganizowane odbywają się rano, bardzo często w okolicy godziny 9. No i tutaj dla wielu z nas robi pewien problem praktycznie nie do przeskoczenia. „Jak, po co i dlaczego rano, praktycznie razem ze skowronkami, do tego w dzień wolny zerwać się z łóżka, by pójść jakiś kawał drogi na start, by jeszcze sobie pobiegać. Przecież to trzeba mieć zdrowo nawalone w mózgownicy”. Podejrzewam, że takie myśli nie jednej osobie po głowie się kołaczą, kiedy myślą o porannym wstawaniu. No cóż, ludzi dzielimy na skowronki i sowy. Skowronki uwielbiają się rano zrywać, wtedy od razu rozpalają ogień fizycznych i psychicznych możliwości, który z upływem czasu zaczyna przygasać. Odwrotnie sowy. Dla nich poranna pobudka to niemal piekielna katorga, a ogień psychicznych i fizycznych możliwości rozpala się z każdą kolejną godziną. No i dla nich przyjść rano na bieg, to jest męka. Ale często dają radę i z podkrążonymi oczami, snując się trochę jak zjawy na cmentarzysku patrzą na nasze radosne skowrończe podrygi. No, ale jak już wystartują, to niejednego skowronka w szczerym polu zostawią.

Dlatego szczerze podziwiam wszystkie sowy, które na parkrun przychodzą. Dla mnie jako skowronka jest to naturalna pora maksymalnej aktywności, dla nich męka niemal z otchłani Tartaru. Ale przychodzą i dają radę, bo pasja jest silniejsza niż przyzwyczajenie i wewnętrzne przekonanie. Dowodem na to może być już jeżeli w rachunku się nie pomyliłem 53 lokalizacje parkrun w naszym kraju. Czyli tam gdzie radosne skowronki i lekko na początku przymulone sowy się spotykają.


1 thought on “Nasze biegowe poranki i wieczory”

  • 1
    parkrunner on Luty 11, 2018 Odpowiedz

    Jedna Sowa uwielbia poranki, Grzegorz ma na imię 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.