Skazani na urazy

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Grzegorzu, jeżeli uwielbiasz aktywne poranki mimo że jesteś sową, to znaczy że jesteś sową z wielkim ADHD. Do tego tematu jednak wrócę jutro.

Dzisiaj chciałbym poruszyć inny temat, jakże istotny, jeżeli nie napisać naglący, czy raczej bolący problem. Większość z nas wcześniej czy później dopadają różne urazy. Wybiegają one z różnych kryjówek naszego ciała i nagle biorą w nas w obroty. Można napisać, ze w taki sposób zapraszają nas do „tańca”, że niestety nie sposób im odmówić. Można się oczywiście oszczędzać, rozciągać, dbać o siebie, a to w jakiś sposób opóźni ryzyko, że zostaniemy zaatakowani. Zasada jest prosta: jeżeli żyjemy aktywnie, szukamy adrenaliny, obciążamy nasze ciała wysiłkami, które przekraczają normalny i akceptowany styl życia naszego organizmu, to nie da się ukryć, że w jakiś sposób skazujemy się sami na urazy. Oczywiście, jednym się udaje dłużej przetrwać, a inni non stop dostają urazowego kopa.

W jaki sposób możemy opóźniać otrzymanie pierwszego, a potem kolejnego biegowego urazu? Mamy w sieci setki porad, jak się rozciągać, trenować i dbać o siebie w sposób eliminujący maksymalnie dopadnięcie przez cholerny uraz. Wiadomo, że zawsze lepiej zapobiegać, niż potem leczyć, ale niestety tego ostatniego też nie da się uniknąć. Dlatego warto mieć w zanadrzu jakąś skrytą broń czy też puklerz, który na ten cholerny uraz wyciągniemy. Można się bronić chodzeniem do różnego rodzaju doradców o przygotowaniu niemal medycznym, którzy przywracają nas do stanu użyteczności tuptającej zarówno w formie leczenia, niż jak ktoś rozsądny to i zapobiegania, gdyż zawsze lepiej zapobiegać, niż potem leczyć. No, ale nie wielu z nas raz, że stać na taki wizyty, a dwa mają na to odpowiednią ilość czasu.

Ostatnio przed oczy wbiegł mi specyfik, który nazywa się NO DOL. Jest to żel, zgodnie z opisem: „przynoszący ulgę w przypadku bólu mięśni, bólu stawów oraz różnego rodzaju przykurczy. Zawiera czarci pazur”. W najbliższym czasie ma do mnie dotrzeć i wtedy sprawdzę czy faktycznie jest taki dobry. Na razie jestem na etapie biegająco – cierpiącym, ale mam że podrapany czarcim pazurem znowu stanę do biegowego boju w pełni moich sił. Na razie jest z tym kiepsko i tu boli, tam strzyka, a wierzę, że znowu stanę do tuptania w pełnej radości pokonywanych kilometrów, a nie na zasadzie, że z lękiem czy dobiegnę czy nie. Na razie jestem biegacz amator cierpiący, ale się nie poddający. No i w czarci pazur wierzący. 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.