This is parkrun

Mamy sobotę godziny poranne, a to dla nas zapaleńców oznacza jedno: trzeba się zerwać, a w zasadzie, kto widział w sobotę zrywanie, raczej zwlec jakoś z łóżka, aby udać na nasz ulubiony, cotygodniowy cykl biegowy. Domyślam się, ze dla sporej grupy nawet biegających pobudka w sobotę przed godziną 7 rano, to głupota w masochistyczne tematy wbiegająca, ale jest spora grupa zapaleńców, która co sobotę w kilku tysiącach lokalizacjach się spotyka, by swoje 5 kilometrów przebiec.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu, nawet biegających samo wstanie w sobotę  rano, tylko po to, by głupie 5 kilometrów pobiec mija się całkowicie z rozsądkiem, celem i czymkolwiek jeszcze. Bo co to jest 5 kilometrów? Dla takiej odległości, to oni na co dzień z domu na trening nie wyjdą, gdzie tu mówiąc o specjalnym zerwaniu się z łóżka i pokonaniu dalszej, czy nawet bliższej odległości od domu. W końcu sobotnie, wolne od pracy poranki są po to by spać, a nie z łóżka się zrywać. Ktoś powie, jak to wiadomym filmie leciało: „this is madness”, czyli to szaleństwo, obłęd, wariactwo i tak dalej. Na to ja mogę odpowiedzieć słowami Leonidasa: szaleństwo? Obłęd? To jest parkrun…

No i myślę, że takie postawienie sprawy wszystko tłumaczy. Tak podsumowująco. Nie ma że boli, że się nie chce, że głowa na poduszce, a oczy ciężkie. Jeżeli nie trzeba iść do pracy, jeżeli ważniejsze domowe obowiązki nas nie przywala, to niczym skowronki radośnie na parkrun zdążamy. No a tam już każda osoba biegająca swoją prawdziwą postać przybierze. I jedni będą robili za gepardy, inni za strusie, jeszcze inni za żółwie, a będą także i ślimaki. Ale to nie ma żadnego znaczenia, bo wszystkich nas jedna tup pasja łączy. Dlatego, kiedy sobota rano wstaje wielu biegających na parkrun się udaje. Bo kiedy sobie pobiegamy, to dobry humor zaraz mamy. I niech bieganie nas wspomaga, łączy i wszystko, co tam sobie zamarzyć w tym obszarze mozemy. Gorzej, jeżeli jedno oko powie do drugiego ‘nic to zamknij się’. Ale to już kwestia naszego wewnętrzego boju. Byle to nie był bój nasz ostatni.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.