Ile razy w roku biegający łapią zająca?

 

Na początku drobne wprowadzenie. Może nie na zasadzie jak u Hitchcocka, że najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać, tylko trochę mniej spektakularnie.

Cofnę się na chwilkę do niedzielnego treningu. Zgodnie z moim wrzuconym wczoraj raportem pokonałem 23 kilometry z haczykiem, ale nie obyło się bez pewnych strat i krwi wylanej. Kiedy biegnę na mojej codziennej trasie, to mam jej profil w duszy i głowie zapisany, rozrysowany, że mogę biec z zamkniętymi oczami wiedząc dokładnie jakie gdzie pułapki i przeszkody czekają. No, a wczoraj zdecydowaną większość trasy pokonywałem, może nie dziewiczo, ale po długim czasie nie tuptania w tamtym regionie, więc powinienem uważać pod nogi. I w zasadzie uważałem poza jednym momentem. Wybiegałem wtedy znad Malty, zapatrzyłem się przed siebie, zadumałem i nagle potknąłem o coś, co mocno ponad ziemię wyrosło. Dla pewnego mnie wytłumaczenia napiszę, że była to asfaltowa ścieżka, więc teoretycznie nic na niej być nie powinno. A jednak było, potknąłem się i mimo rozpaczliwych prób złapania równowagi, nagle „rymsnąłem” jak długi przejeżdżając kolanami po asfalcie. Oczywiście od razu wstałem spoglądając dosyć krytycznie na moje zdrowo zakrwawione kolana. No, ale nie było co rozpaczać, do domu jeszcze około 8 kilometrów, więc znacząc drogę krwią potupałem sobie do domu. Tam ranę przetarłem i temat uważam za zamknięty.

Jednak w tym momencie nasunęła mi się pewna reflakcja i zrobiłem sobie „biegowy rachunek sumienia”, ile razy w okresie mojej tup-przygody zaliczyłem glebę, czyli łapałem zająca. Jak tak się zastanowiłem, to nie było tego dużo, ale razem z wczoraj 4 razy mi się zdarzyło, z czego dwa na oblodzonej powierzchni w czasie zimy. Oznacza to, że jakbym chciał obliczyć ilość upadków do ilości odbytych treningów, to nawet chyba w promilu bym się nie zmieścić. Ale jednak się zdarzyło. No i tak myślę, czy jest jakiś regularnie trenujący biegający, który nigdy nie „leżał”. Sądzę, że nie wielu raczej się do tego przyzna, ale klasyczny pad zrobiła większość z nas. A ile razy w ciągu roku, to już zależy od wielu czynników. Pytatnie tylko czy liczymy to łapanie w sklali roku, czy naszych biegowych eonów. Kiedy tak trochę głębiej się nad tematem zastanowimy, to możemy dobiec do wniosku, że te nasze amatorskie upadki są takie przepełnione prozą życia, zwyczajne, upadki mistrzów na bieżni są dużo bardziej spektakularne, jednak wszystkie stanowią nieodłączną część naszej biegowej pasji. Tak jakby były w nią na stałe wpisane. Najważniejsze, by po każdym upadku się podnieść i pobiec dalej. I nie do końca koniecznie napisałem tutaj tylko  o upadkach biegowych.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.