Międzynarodowe towarzystwo biegowe

 

Po kilku tygodniach niemal piekielnych i bardzo nietypowych, jak na wrześniową porę upałów sobota, mimo że w rannej porze przywitała nas uśmiechniętym słońcem, to jednak nie było to słońce kąsające nas rozpalonymi zębami tylko raczej muskające swoim promiennym uśmiechem. Wykorzystując wolny weekend po raz 249 wybrałem się by wziąć udział w moim ulubionym projekcie biegowym. Z tych 249 razy 244 byłem na jakże lubianej przez mnie Cytadeli.

Kiedy przybiegłem na miejsce zbiórki akurat Robert krócej znany z całą swoją biegową rodziną zajechał. Widok był przedni: ojciec biegający, matka biegająca i dwójka biegających dzieci: syn i córka. Nic dodać, nic ująć, pełen podziw i szacunek. To się nazywa rodzinna pasja. Kiedy większość rodzin w kompa lub telewizor popołudniową porą oczy wlepia, ewentualnie czeka aż mama coś do zjedzenia zrobi, oni zapewne wychodzą na wspólny rodzinny trening.

Muszę przyznać, że wczoraj spora grupa biegających na Cytadeli  się zameldowała. Tak na oko zdecydowanie ponad 200 osób ( w rzeczywistości było nas 232 osoby) oddawała się rozrywkom przedbiegowym. Czyli było rozgrzewanie, plotkowanie i witanie z bardziej lub mnie znanymi. A nawet tymi, których wcale się nie znało  Bo, kiedy przyszli to pogadać można by język także miał jakąś rozgrzewkę. W powietrzu oprócz naszych powszechnie znanych słów unosiły się również słowa pochodzące z zupełnie innych krajów.

Najpierw zwróciłem uwagę na dwóch młodzieńców rozmawiających ze sobą w nie do końca przeze mnie rozpoznanym języku. Obstawiałem jakiś flamandzki, czy może coś z rodziny języków germańskich. Kiedy podszedłem i zapytałem grzecznie po angielsku: Where are you from? Usłyszałem, że z Polski, tylko trenują przed zajęciami. Muszę przyznać, że z lekka mnie to rozbawiło, ale zanurzyłem się w dalsze poszukiwanie „zagranicznych” gości. Następnych nie było problemem rozpoznać. Para o jasnych włosach i błękitnych oczach mówiących tak charakterystycznym i stosowanym za zachodnią granicą językiem bez problemu mogła być zdiagnozowana. Z racji, że moja znajomość języka niemieckiego zamyka się na; guten tag, guten morgen, guten appetit, halt, hände hoch oraz nicht shisen, to wolałem się już tą znajomością nie popisywać. Następnie zwróciłem uwagę na trójkę panów o dosyć egzotycznym kolorze skóry. Nie była to czysto afrykańska hebanowa czerń, raczej klimaty bardziej metyskie, gdzieś obszary Ameryki Południowej czy Środkowej. Kiedy podszedłem okazało się, że to mieszanka wybuchowa: jeden pan był ze Stanów, drugi z Londynu, a trzeci ze Szwecji. Pierwszy raz w życiu widziałem szwedzkiego mulata. I chciałoby się powiedzieć: i cóż, że ze Szwecji.

Po tych wszystkich powitaniach i rozpoznaniach udałem się wraz z całą naszą grupą na start. Wczoraj po jakże mocno treningowo przepracowanym tygodniu pobiegłem na większym luzie i uzyskałem czas gorszy niż w zeszłym tygodniu, ale to jest chyba normalne. W końcu na razie robię biegową orkę. I dlatego też po wczorajszym międzynarodowym parkrun znowu biegiem do domu wróciłem zamykając sobotnie tuptanie na poziomie 21 kilometrów. No, a jutro ponownie dwie dyszki z hakiem w planie. I to się nazywa urlop: ponad 120 kilometrów w 6 biegowych dni i jeden odpoczynkowy. Wracając jeszcze na chwilkę do klimatu parkrun. To jest  taki jedyny bieg, gdzie mając za free wydrukowany kod startowy możesz biegowo zwiedzić grubo ponad tysiąc miejsc w kilkunastu krajach.  Wystarczy z tego czy innego powodu się tam znaleźć i mozesz biegać ile dusza na 5 kilometrów zapragnie. 


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o