Moja pierwsza, ale i największa biegowa motywacja

Nie jest chyba dla nikogo wielką tajemnicą, że aby móc się w pełni oddawać jakiejś pasji, to trzeba w pewnym momencie mieć do tego jakąś zewnętrzną motywację. W pierwszym okresie sama pasja stanowi dla siebie motywację, jednak po pewnym czasie i kilku latach jej uprawiania potrzebujemy jakieś zewnętrznego bodźca, takiej podpałki, która powoduje, ze dalej ona może płonąć niczym niepohamowanym ogniem. Konieczność znalezienia odpowiedniej podpałki niezbędna jest do każdej pasji, ale w naszym przypadku, czyli biegania myślę, że szczególnie. Powiedzmy sobie szczerze, samo bieganie dla biegania w pewnym momencie staje się nudne. Ile w końcu razy można robić to w samo, w ten sam, lub bardzo zbliżony sposób, a do tego jeszcze w tych samych miejscach. Bo w końcu, kiedy biegamy dla samego biegania, to ograniczamy się głównie do biegania w tych samych porach, czyli np. gdy wracamy z pracy i zwykle po tych samych trasach, gdyż nie mamy ani siły, ani ochoty, by szukać nowych. No i robienie tego samego, w ten sam sposób w tym samym, lub bardzo podobnym miejscu może spowodować, że przestanie się nam chcieć. I to tak bardzo delikatnie napisałem, gdyż gdybym chciał dosadnie, to bym napisał, że można dostać na łeb i jeszcze porzygać się w sposób artystyczny.

Dlatego potrzebna jakaś zewnętrzna motywacja, która powoduje, że dalej nam się chce. Potrzebny jest nam taki zewnętrzny kop, który powoduje, że pod jego wpływem wylatujemy z domu i biegniemy przed siebie dyskretnie rozmasowując obolałe od kopnięcia cztery litery. Ja akurat mam takie dwie motywacje. Jedna jest większa, druga ciut mniejsza, ale obie mocno do biegania mnie napędzają. Zacznijmy od tej największej. Jednak by to zrobić, musze się cofnąć do początków mojej biegowej historii. Jak pisałem wiele razy, nigdy nie byłem jakimś fanem biegania. W szkole z racji nadwagi, raczej unikałem, a potem nie było czasu, nie chciało się, generalnie w ogóle nie myślałem by zacząć biegać. No, ale kiedyś jak stałem w korku z powodu jakiegoś biegu, to tak się wkurzyłem, że stwierdziłem, że Wam pokażę i jak Wy mi tak, to ja Wam tak samo. No i z tego wkurzenia sam zacząłem biegać. Na początku to było lekkie trenowanie pod domem, najpierw chodzenie, potem lekki trucht, aż wreszcie jakieś tam kilometry zacząłem robić. No, ale samo bieganie takie dla biegania i pozbawione celu mogło się szybko znużyć, dlatego zacząłem szukać różnych biegów zorganizowanych. Z racji, że byłem zupełnym świeżakiem, a do tego ostrożnym nastawiłem się raczej na biegi na 5 kilometrów.

Pierwszym moim startem był bieg z klasą, potem jeden czy dwa chyba nawet bez oficjalnego pomiaru czasu, ot takie bieganie dla biegania. Właśnie podczas takiego tuptania nad Maltą ( chyba ze Szpotem, albo pod jakąś inną marką) poznałem Januarego, który mi opowiedział o parkrun. O tym, ze darmowy, na Cytadeli, że wystarczy się zarejestrować, wydrukować kod i co sobotę o 9 rano za free można taką piąteczkę sobie strzelić. No i tak też zrobiłem. Wydrukowałem kod, pojawiłem się raz, drugi, trzeci, a potem tydzień w tydzień. Nie było wtedy w naszym kraju tylu lokalizacji co dzisiaj. Bodajże były cztery lub pięć: Gdańsk, Gdynia, Łódź właśnie Poznań i… nie pamiętam czy było jeszcze, a jeżeli było to jakie miasto. Potem projekt zaczął się rozrastać, podobnie jak moja biegowa pasja, która właśnie dzięki parkrun rozpalała się coraz bardziej. W zasadzie pierwszy rok mojego biegania, to były tylko parkrun. Dopiero po roku pobiegłem pierwszą dyszkę, do dwóch latach pierwszy półmaraton, a po trzech maraton. Owszem te inne biegi były super, dłuższe, bardziej wymagające, wiązały się z wpisowym, koszulkami, medalami, ale mimo wszystko to właśnie parkrun był zawsze na pierwszym miejscu w moim biegowym sercu

Po roku miałem na rozkładzie 50 biegów i pierwszą, czerwoną z pięćdziesiątką na plecach koszulkę. Po dwóch latach miałem już 100 biegów i w zamian otrzymałem czarną z setką na plecach. No i potem nastąpiło tuptanie i czekanie. No i wreszcie się stało. Wczoraj pobiegłem mój 250 parkrun. Teraz będę czekał na kolejną, tym razem zielonkawą koszulkę. Kolejny kamień milowy w mojej parkrun pasji, która dalej najmocniej napędza moje biegowe ego. Mogę teraz napisać śmiało: gdyby nie parkrun, nie byłoby mojego biegania, mojego bloga, a zycie dalej by się jakoś tam toczyło. To właśnie parkrun nadał blasku mojemu bieganiu, a co za tym idzie i zyciu. Następna koszulka to pięćsetka. Nie jestem Wiesławem, który jest na każdym parkrun i nie ma opcji, bym w 5 lat ją zrobił. 250-tkę zrobiłem w prawie 6, 500-tka podejrzewam, że co najmniej kolejne 6. Pytanie czy tyle dożyję. W końcu najmłodszy już nie jestem, a 6 lat w moich latach, to kawał życia. Jeżeli pożyjemy, to zobaczymy, jak nie pożyjemy… to i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia. Ale się rozpisałem…. O drugiej mojej biegowej motywacji napisze już jutro…


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o