Po cholerę startujesz, kiedy tak naprawdę nic z tego nie masz?

Ten tekst jest w dużej mierze zapożyczony z portalu Biegologia. Trochę go przerobiłem, coś tam dopisałem, coś odjąłem, ale oparłem się właśnie na Biegologii, jako moim głównym  źródle i im oddaję honor za wizję objawioną. Wszystkich moich miłych gości, którzy zdecydowali się przebić przez ten tekst poproszę w tym momencie o cierpliwość w dotarciu do końca, bo jest troszkę długawy.

Jesteśmy aktywnymi ludźmi lubiącymi po pracy oddać się takim czy innym formą aktywności. Możemy albo pobiegać, albo spacerować, ewentualnie coś tam innego, ale ruch nie jest nam obcy. Wyobraźmy sobie, że gdzieś znaleźliśmy w necie, może na Fejsie, może gdzieś indziej zaproszenie do wzięcia udziału w  biegu maratońskim. Oczywiście nie ma, że za darmo będzie zapłacić za udział grubo ponad 100 PLN, ale organizatorzy obiecują jakieś tam dodatkowe atrakcje podczas biegnięcia. No i diabli wiedzą dlaczego decydujemy się na wzięcie udziału. Opłacamy wpisowe i zgodnie z rozpiską udajemy się na miejsce odbiorów pakietów i czegoś, co szumnie jest nazwane pasta party. Odbieramy kopertę z numerem startowym, koszulek niestety dla nas nie staczyło i jemy jakiś rozgotowany makaron. Wersja budżetowa, czyli nie ma ani smaku, ani zapachu, no ale jakoś przełykamy, bo w końcu zaplaciliśmy. Kiedy nastepnego dnia docieramy na miejsce startu, okazuje się, że nie jesteśmy sami. Oprócz nas znajduje się kilka tysięcy tak samo popieprzonych, jak my gości obojga płci i do tego jeszcze zachowujących się bardzo irracjonalnie. Zastanawiamy się poważnie czy nie są naćpani, albo  w najlepszym przypadku pijani. Ktoś jest ubrany za wielkiego ptaka, jakaś dojrzała, poważna na pierwszy rzut oka kobieta za smerfetkę. No i zaczynamy nasz bieg. Po bokach stoją ludzie, którzy przybijają ci piątki, co jakiś kawałek ktoś puszcza muzę, ba nawet od czasu do czasu jakaś kapela przygrywa i to wcale nie zza winkla. Oczywiście nie znasz tych kapel, ale grają fajne standardy i generalnie bawisz się setnie. Co jakiś czas dochodzi do stoliczków, gdzie masz coś do zjedzenia, picia, jakieś panienki na ulicy cię oklaskują, ludzie których na oczy nie widziałeś życzą powodzenia,  znowu przybijasz piony, a gdzie tam stoją wkur….i kierowcy na przemian trąbiąc i wyzywając, ze im ulice zamykamy. No, a gdzie się biega, jak nie po ulicach?

Kiedy w końcu kończysz, zmęczony jak diabli, wyzuty ze wszystkich sił i przeklinający w myślach chory pomysł, a jeszcze jakiś gościu z mikrofonem każe stojącym po bokach ludziom by ci klaskali, dostajesz powieszony na szyi jakiś kawałek mosiądzu imitujący medal wartości może złotówki,  jego widok żadnej częsci ciała nie urywa, ale jak dają to tylko gbur odmawia, a nie wypada być gburem, zresztą nie masz na to już zbytnio siły i przyjmujesz wszystko jak leci. Gdzieś tam gra muza, pijesz piwo, zjadasz jakieś resztki, które pewno organizatorzy z jakiegoś baru podpierdzielili i słuchając sygnału podjeżdżającej karetki spoglądasz na leżących obok dogorywających zastanawiając się, który z nich jest w aż tak agonalnym stanie. Już chcesz iść do domu, kiedy słyszysz, że będzie losowana nagroda. Patrzysz na swój numer startowy, modląc się duchu, że jak nie samochód, to może chociaż skarpety wygrać, ale gdzie tam. Wgrywasz klasyczną kupę czyli nic.

Wracasz do domu widząc na zegarku, że spaliłeś tysiące kalorii. No trzeba dziurę jakoś załadować. Zamawiasz więc pizzę, a może golonkę, do tego browar i robisz rachunek ile wydałeś kasy, za kawałek mosiądzu, napier….jace nogi, ogólne wykończenie oraz golonkę i piwo. I wychodzi ci, że w sumie skóra nie warta wyprawki. Z bolącymi nogami kładziesz się spać, obiecując sobie solennie: nigdy więcej takiego idiotyzmu.

Rano w pracy ktoś ci podkład pod nos gazetę z twoim zdjęciem, bo kiedy biegłeś, jakiś kretyn ci zrobił fotkę i widzisz swoje na wpół błędne spojrzenie i wyraz konania na twarzy i upewniasz się, że dobrze zrobiłeś że podjąłeś decyzję o końcu przygody. Przez chwilę się zastanawiasz nawet czy nie zrobić dymu o fotkę, bo prawa autorskie, rodo i w ogóle nie chcesz by się oglądano, ale przypomniałeś sobie, że ciężki kretyn podpisując swój udział w maratonie zgodziłeś na nieodpłatne wykorzystanie wizerunku. No i gdzieś tam w necie znajdujesz swoje nazwisko na jakiś portalach ze statystykami, że brałeś udział i gdzieś tam w drugiej połowie stawki bieg ukończyłeś. Trzeba naprawdę wiedzieć kogo szukać, żeby Ciebie znaleźć.

Wracasz do domu jeszcze bardziej wk….ny i przez tydzień nie wychodzisz z domu pijąc na umór. I w końcu po tygodniu przepitymi oczami szukając w necie miejsca, gdzie jeszcze można wódkę kupić, bo z okolicznych sklepów całą wypiłeś informację o kolejnym maratonie… Momentalnie trzeźwiejesz i wysyłasz swoje zgłoszenie… A od nastepnego dnia wracasz do pracy, łącząc ją z wieczornymi po niej treningami.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o