Przedstartowy rachunek sumienia

Do mojego najważniejszego w tym roku startu pozostały już tylko dni. I to bardzo niewiele dni, bo licząc dzisiejszy trzy. Już w najbliższą niedzielę 5 tysięcy tuptających wariatów będzie terroryzowało i paraliżowało ponad pół milionowe miasto. No, ale taka już jest zasada, ktoś musi cierpieć, aby biegać mógł ktoś. I przyznam, że to jest jeden z głównym powodów, dlaczego jestem po drugiej strony barykady. Może i w odczuciu wielu tej czarnej, złej i niedobrej, ale czy gdybym nie biegał, to czy bieg by się odbył? Odbyłby się tak samo, więc dlaczego nie mam z tego, ze się i tak i tak odbędzie skorzystać? Może i trochę filozofia zakręcona i pod Kalego podchodząca, ale co mi tam. Takie życie, które jest full of zasadzkas and spmetimes kopas w dupas.

No, ale już przechodzę do głównego punktu wpisu, czyli podsumowania tego co osiągnąłem w trakcie przygotować, a co się nie udało zrobić. Mój główny cykl przygotowawczy objął, jak wspomniałem wcześniej okres od ostatniego tygodnia czerwca do przedwczoraj. W tym czasie przebiegłem ponad 1000 kilometrów, czasem robiąc i dwa treningi dziennie, a do tego zaliczając kilka mocniejszych treningów po ponad 20 kilometrów każdy. Może zabrakło klasycznej trzydziestki, ale mam nadzieję, ze 7 treningów na poziomie 21-23 kilometry w okresie 5 tygodni jakoś to zrekompensuje. Do tego ostatnie dni to mieszanka dietetyczna czyli trzy dni diety białkowej i drugie trzy węglowodanowej.

Wczoraj i dzisiaj mam dwa dni na regenerację sił, czyli pozbawione tuptania, a w sobotę jeszcze tylko na parkrun ale bez przed-biegu, za-biegu i innych dotuptań. Ot tylko czysta jak setka wódki piąteczka, chociaż bardziej pasuje tutaj pięćdziesiątka, a potem do domu, przebrać i po pakiet na niedzielę. W zasadzie mogę napisać, że ten dzisiejszy parkrun to taka zakąska przed jutrzejszym głównym daniem. No, ale o tym już jutro i pojutrze.

Jak oceniam moje tegoroczne przygotowania? W zasadzie to co chciałem i planowałem w zasadzie zrobiłem. Czy to starczy na niedzielę? Nie mam pojęcia, wszak jestem tylko cichym, skromny i pełnym pokornego serca amatorem. Jak i jakie los jutro karty rozłoży, okaże się już jak znajdę się na trasie. Natomiast jak sobie tak porównuje z moimi wcześniejszymi cyklami przygotowującymi do poszczególnym maratonów, to… nic nie chcę zakładać, gdyż to był inny czas, inny był mój poziom kondycyjny i generalnie wszystko było inaczej niż jest teraz. I myślę, że na tym zakończę ten wstęp wszystkich moich wstępów.

Na koniec myślę, że możemy sobie zaśpiewać na taką muzę: yes i am a running man… or girl ( myślę że panie , że od dziewczynek je wyzywam nie będą miały nic przeciwko). A co by nie było że, wiec śpiewamy: i am a running boy… I wszyscy będą zadowoleni…Tyle że do “bear”, “man” czy “girl” bardziej niż “boy” pasuje. 

To już chyba klasyczna przedstartowa głupawka. Ale fajny byłby klimat, gdyby przed startem zamiast rozgrzewki kilka tysięcy ludzi ustawiło się i podkskakiwało śpiewając na taką nutę.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o