Wpis z lekka motywacyjny

Tak, przed nami ten dzień,  to już jutro. Tuż przed godziną 9 rano stanę w grupie około pięciu tysięcy z hakiem osób, by zmierzyć się w pewien sposób legendarnym ( bo w końcu o podłoża jego narodzin leży legenda), ale także i bez wątpienia morderczym ( były już także przypadki śmierci) dystansem 42 kilometrów z małym hakiem. Napiszmy sobie szczerze,  po pokonaniu tych 42 kilometrów ten hak wcale nie jest taki mały. Na wstępie musimy sobie napisać jedno: tak naprawdę to nie jest do końca normalne, ani tym bardziej zdrowe, by człowiek z własnej i nieprzymuszonej woli, ba wręcz jeszcze  płacił, by pobiec taki dystans. Można nawet napisać, że jest to w pewien sposób chore. Ale jednak się decydujemy tej chorobie poddać.

Owszem będzie wśród nas zapewne wcale i nie mała grupa, dla których start na Królewskim Dystansie to pikuś, ot jeden z wielu kolejnych  startów, który tak naprawdę nie robi już większego wrażenia. Pobiegną, bo mają taką pasję, bo to lubią, bo jakaś tam adrenalina w duszy im się wytworzy. Jednak dla zdecydowanej większości z nas jest to wyzwanie sięgające granic naszych możliwości, a nawet w wielu przypadkach przynajmniej teoretycznie je przekraczające. A jednak podejmujemy rzuconą rękawicę i decydujemy się na walkę, na wręcz  okrutną i bezwzględną wojnę, ale nie z wrogiem zewnętrznym, nie z armiami nasz kraj przemierzającymi, ale z samymi sobą, z naszymi własnymi, prywatnymi demonami, które wewnątrz nas tkwią. To im rzucamy rękawicę, z nimi będziemy walczyli. To one nam będą siedziały na ramionach, karku i kto wie, gdzie jeszcze szepcąc jadowicie do ucha: “nie dasz rady, odpuść, to żaden, nie ty pierwszy (pierwsza), nie ty ostatni,( ostatnia). Bo cholerę się męczyć, zejdź z trasy, następnym razem będzie lepiej.” Ale to nic, nie poddamy się. W takiej właśnie chwili sami sobie odkrzykniemy, że nie, nie zejdziemy, pobiegniemy dalej, na przekór sobie, na przekór wszystkim, a słabości nas nie pokonają. W końcu trenowaliśmy, zbudowaliśmy moc w sobie i ona nas poprowadzi, aż do końca, do naszego własnego, prywatnego zwycięstwa.

Damy radę, to będzie nasza niedziela, nasze wielkie prywatne święto. To, że teraz mamy gacie pełne strachu to nic, to dobrze, bo nadmiar pewności wielu już zgubił, a pokorni i przepełnieni skromnością, szacunkiem, nawet pewnego rodzaju lękiem dotarli tam, dokąd tylko pragnęli. Dlatego niech jutro ta moc właśnie z tej pokory płynąca poprowadzi nas aż do samiutkiej mety. Damy radę, bo musimy, bo w to wierzymy, a afirmacja będzie nas wspierała. Pozytywne myślenie niech nas prowadzi i da nam pozytywne rezultaty. Lekko, ani łatwo z pewnością nie będzie, ale jak nie my, to kto?


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o