19 Poznań Maraton – wprowadzenie

Wczorajszy dzień, to było już klasyczne budowanie nastroju i mentalne przygotowywanie się do dzisiejszego startu. Rano, jak co  sobotę udałem się na parkrun, bo starty startami, ale moja ulubiona poranna sobotnia piąteczka musiała się odbyć. Oczywiście potraktowałem parkrun czysto treningowo starając się pokonać trasę tempem, które marzy mi się jutro utrzymać. Co prawda na ostatnich metrach zmotywowała mnie ekstra pani, która biegła obok i trochę pogoniłem, ale gdyby udało się wcześniejsze tempo  jutro utrzymać, to… wolę już nic nie pisać. Co prawda jedna znajoma pani namawia mnie bym pobiegł z nią na tempo 4 godziny 15 minut na trasie, ale ja wolę niczego nie zakładać, bo kiedy zakładam zawsze wybiega z tego kupa. Dlatego pobiegnę jak się da, a czas będzie jaki będzie. Wolę w tym momencie niczego nie planować, wróżyć, ani innych takich.. Wiadomo tylko,  ze pobiegnę, ale czy dobiegnę i w jakim czasie niech będzie moja prywatna „tabula rasa”. Tym bardziej, że pogoda za oknem zdecydowanie letnia i chyba będzie trzeba pobiec na krótko, a jak chłodek nagle zęby wyszczerzy i w tyłek chapnie, to dopiero dostanie się tempa.

Wczoraj zgodnie z planem udałem się w okolicach godziny 13.00 po odbiór pakietu startowego. Na początku trafił mnie prawie z miejsca szlag. Chcąc dojść do biura, gdzie znajdowało się miejsce odbioru pakietów trzeba było się wpierw przebić przez istne targowisko biegowej próżności, czyli setki, jak nie tysiące metrów sześciennych sali wypełnionych stoiskami, gdzie można było kupić mniej lub bardziej potrzebne do różnego rodzaju aktywności rzeczy. Buty, żele, mydło i powidło, czego tam nie było. Przebijałem się przez tłumy czując coraz większe poirytowanie.  Ja wybiegam z założenia, że kiedy chcę coś kupić,  to wtedy idę, a nie lubię, jak ktoś mi coś narzuca, tak trochę na zasadzie warszawskiego „ kup pan cegłę”. Oczywiście sam odbiór pakietów, jak to u nas w Poznaniu rozdmuchany do granic możliwości. Najpierw odbierasz kopertę z numerem startowym, potem idziesz w inne miejsce po koszulkę, potem od numeru odrywasz kupon jakiś konkursowy, gdzie i tak wiadomo, że nic nie wygrasz i żywiąc się bezsensowną złudną nadzieją, wrzucasz o urny, aż w kocu odrywasz z numeru kupon na pasta party i idziesz szukać, gdzie można coś zjeść.  Tak jak podczas półmaratonu wita Cię Karczma Lubelska Graf Marina, czyli w skrócie Marina Jedzeniowy  Band.  ramach wyżerki otrzymujesz na plastikowej miseczce, ciut większej od naparstka trochę makaronu świderkowego oblaną  jednym z trzech sosów do wyboru. Kiedy już zjesz na dnie miseczki pozostaje troche zupy pomidorowej, bo w to się sos w nią zamienił, wyrzucasz ją i wracasz do domu.

W domu analizujesz łupy, czyli nawet ładna torba, fajna koszulka, numer startowy, osobno chip do wczepienia w sznurowadło, dwie butelki piwa jedno z procentami z Grodziska, drugie bez z Miłosławia, trochę reklam , jakieś batoniki jedne z gorzkiej, inne słodkiej czekolady, ot w normie, ale nic nie urywa. To znaczy czy nie urwie, to okaże się jutro przed startem w jakim stanie wstaniemy po tym makaronie w stylu lubelskim. Tak na marginesie zastanawia mnie, jak z Lublina, wszak to 500 kilometrów opłaca się jechać, by trochę makaronu dać biegającym. Aż boję się myśleć, co to za makaron i wartość rynkowa sosów. W końcu w Lublinie, to tylko w kinie…

No, ale co było wczoraj to było, jakoś żyjemy ( jeszcze) a zaraz ruszamy. Wygląda na to, że biegniemy na krótko, bo w ciepłym można będzie odlecieć. Pogoda iście nie połowa października. Wczoraj podczas pasty niby party stanąłem na chwilę przy mapie biegu oraz wpatrywałem się ekran, gdzie szalony chyba motocyklista filmował trasę. Przebiegłem ją mentalnie z dwa razy, oraz trochę  przeanalizowałem. Zawsze mogę na rondzie Starołęka ( 19 kilometr) skręcić w drugą stronę i pobiec do domu. Będę miał już nawet nie daleko. Google maps pokazuje, że to trochę ponad 3 kilometry. Nawet jakbym tak skręcił, to i tak ponad półmaraton byłby w nogach, więc zawsze jakaś opcja. Nic to trzeba ruszać, co by nie zgnuśnieć, niech moc biegowa będzie z nami wszystkimi, bo wiadomo, jak nie my, to kto. Jak mam być szczery, to wczoraj się zmęczyłem podczas samego patrzenia, jak motocyklista trasę pokonywał. Co w takim razie będzie za chwilę? Aż boję się myśleć…


1
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Marek
Gość
Marek

Gratuluję! Widzę, że od 30 km ściana dała się we znaki i potem był marsz ale tempo do 30 km bardzo dobre (jak na moje możliwości 😉 ). Jak to jest iść ponad 40 km to wiem ale jak biec jeszcze nie. Co tu zrobić żeby to zrobić? Uhm…