W czarnej rzyci byłem, lecz maraton ukończyłem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marek masz racj ze ścianą. Jak nam przed nosem wyrośnie, to diabli wiedzą jak ją rozbić. 

Muszę przyznać, że wczoraj był bardzo specyficzny, ale i ciężki dzień. Zacznijmy może od początku. Rano postanowiłem na start udać się komunikacją miejską, gdyż zgodnie z informacją na stronie Organizatora, jeździmy za darmo, a do tego nawet w niedzielę szukać w centrum miejsca do parkowania nie jest zbyt trafionym pomysłem. Sprawdziłem sobie rozkład jazdy i doszedłem do wniosku, że jak wyjdę tuż przed 8, to na luziku zdążę i w okolicach 8.40 będę w strefie startu, więc zdążę się rozgrzać, nastawić mentalnie muza będzie grała.

Niestety nie zwróciłem uwagi na fakt, że komunikacja jeździła zupełnie inaczej niż standardowo i to co miało jechać nie jechało i generalnie zrobił się jeden wielki burdel… Napiszę tylko, że w strefie startu znalazłem się trzy minuty przed rozpoczęciem biegu. Oczywiście o rozgrzewce mogłem zapomnieć, o przedarciu się do mojej strefy startowej także. Ustawiłem się więc pod koniec stawki z nastawieniem, że będę gonił moją strefę. Pogoda była dzisiaj iście letnia, na szczęście nie było takich upałów, jak to w Grodzisku bywają, ale bieg w innym stroju niż na krótko dawał by odczucia iście masochistyczne.

 Nie zdążyłem się zbytnio nawet nastawić psychicznie, kiedy padł sygnał i ruszamy każdy zgodnie ze swoimi czasowymi preferencjami. Sama trasa, jak zwykle super, po bokach sporo kibicujących osób, kilka kapel dających motywacyjnego czadu. Szczególnie zapadła mi w pamięci ekipa grająca ostro „na garach”, oraz zespół grający najbardziej chyba znany standard ACDC. Akurat, kiedy przebiegałem obok nadszedł czas refrenu, więc rozdarłem się na całe gardło: “Highway to Hell”. Fajnie też przygrywała kapela, gdzie jakieś dziewczę stało na wokalu i też dawała czadu. W każdym razie kapele jak zawsze super. Muszę przyznać, że sporo znajomych na trasie widziałem, zarówno jako biegających, jak i kibicujących. Szczególnie mocna ekipa Ciastek. , która okupowała przecięcie Grunwaldzkiej z Bułgarską. I co trzeba przyznać, że zarówno na początku, jak i pod koniec biegu. Do tego widziałem Jarka z aparatem wypatrującym ciekawych ujęć, a oczywiście z ekipą Ciastek także polujący z aparatem Morświn. Z ciekawostek, to widziałem na trasie biegnącą parę młodą, oboje w pełnym ślubnym rynsztunku oraz  panią w kamizelce POSiR na plecach której był napis, że opiekuje, czy asystuje osobie niewidomej. No i faktytycznie miała wręku szunerk, albo smycz do której przyczepiony był Pan, z którym nawet zdrowo goniła. Super pomysł, jak mam być szczery.

Muszę  przyznać, że biegło się super. Co prawda w oczy rzucały mi się tam i tu kroki, w których milcząco żując złość siedzieli kierowcy, którzy zapomnieli, ale chyba było mniej żucia niż zwykle. Tu i tam pozdrawiali mnie znajomi, jedni używając mojego prawdziwego imienia, inni Facebookowego, więc musiałem uważać, jak słyszałem imię Michał, czy nie dotyczyło to przypadkiem mnie. No i tak tuptałem starając się, zgodnie z propozycją jednego znajomego z czasów szkoły średniej łykać kilometry jak pies muchę. No i dobiegłem do 30-stego i było ok, 31 też i tak aż do 34. Tutaj nagle jebs, jakby wielki młot mnie walnął, a w tym czasie nie wiadomo skąd się wzięła ekipa murarzy stawiając nagle przede mną ścianę. No i zaczęło skończyło się bieganie, a zaczęło się człapanie. Ostatnie kilka kilometrów czołgałem się mety. Takie trochę deja vu z Wrocławia, tylko że tak to trwało przez ponad 10 kilometrów, a tutaj tylko 6. Co prawda nie odwiedzałem już karetek, z których potem musiałbym uciekać, ale z uporem maniaka człapałem do mety zerkając, byle tylko w limicie się zmieścić.

No i jakoś doczłapałem do mety, w limicie się zmieściłem, człapanie z Wrocławia pod względem czasu poprawiłem, ale do życiówki, to mi zabrakło tyle, że ho, ho, albo i jeszcze dłużej. Na mecie medal, piwko, znowu trochę makaronu o średnim smaku  wiadomo od kogo i w stanie niemal agonalnym wróciłem do domu. Muszę napisać, że gdyby nie to, że znowu po 30 kilometrze w czarną rzyć wpadłem do byłoby super. A tak wiadomo, że w czarnej rzyci miło nie jest. No, ale udało się trudem, bo z trudem z niej wydostać i mój 7 maraton w życiu udało się zakończyć z medalem na szyi. Do domu wracałem w towarzystwie Supermamy Beaty, która oczywiście z wózkiem naprawdę dobry czas wytuptała, czyli prawie na poziomie, który mi się marzył, czyli 4 godziny z dzudziestominutowym hakiem. No, ale młoda mama w motywującym stroju tygrysa z wózkiem przed sobą Świat podbić może. Nie to co ja, o którym można napisać: ” stary jesteś śmierć cię czeka, grabarz po twą skórę pośle”… Jak było dalej, to odsyłam do źródła…

Na zakończenie takie podsumowanie mojego startu. Jak widać, przez prawi całą trasę biegłem może bez szału i urywania żadnej częsci ciała., ale na przyzwoity czas na poziomie tych 4 i pół godziny,a od 35 kilometra zaczęła się czarna rzyć, która na ostatnich dwóch kilomtrach jeszcze w bardziej czarną się zmieniła.

Nazwa
Name
Czas brutto
Gun Time
Czas netto
Chip time
Min/km Progonozowany czas
Projected time
5KM 00:36:27 00:30:54 06:11 min/km 04:20:54
10KM 01:07:41 01:02:08 06:13 min/km 04:22:19
15KM 01:39:33 01:34:00 06:16 min/km 04:24:25
20KM 02:12:49 02:07:16 06:22 min/km 04:28:38
21.1KM 02:19:43 02:14:10 06:22 min/km 04:28:38
25KM 02:45:09 02:39:36 06:23 min/km 04:29:21
30KM 03:18:12 03:12:39 06:25 min/km 04:30:45
35KM 03:54:47 03:49:14 06:33 min/km 04:36:23
40KM 04:50:31 04:44:58 07:07 min/km 05:00:17
META 05:17:00.00 05:11:27 07:23 min/km

2
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Beata
Gość
Beata

Brawo za ukonczenie Tygryski pozdrawiają. PS. Mi sporą część makaronu zjadł mały tygrys

Robert_II
Gość
Robert_II

Gratulacje, Brawo za hart ducha!!!