Z nieba do piekła, czyli odmienne stany startowej świadomości

Przyznam szczerze, że nie chciałem już wałkować tematu niedzielnego maratonu, ale coś się zdarzyło, co mój cały opracowany w najdrobniejszych szczegółach plan pisania bloga na głowie postawiło. Otóż wśród zdjęć wrzuconych do sieci przez dwóch znajomych, parkrun władców obiektywów dojrzałem dwa moje, ale w jakże różnych pozach i sytuacjach zrobione.

Pierwsza fotka autorstwa Jarka „Pstryk” Koperskiego pokazuje mnie na moście przy Hetmańskiej, czyli gdzieś pomiędzy 11 a 12 kilometrem. Jak widać nie biegnę, ale niemal lecę na skrzydłach mocy. Ręce rozłożone niczym szybowiec na skrzydłach wiatru się unoszący. Gołym, o ubranym już nie wspomniawszy okiem widać ogromny entuzjazm, radość i chęć dalszego stawiania czoła wyzwaniu. Wszystko pięknie, radośnie a dusza mimo że schowana w ciele widać, że z radości i frajdy aż pęcznieje.

No i mija kolejnych kilkadziesiąt kilometrów i znowu zdjęcie jest mi zrobione. Tak gdzieś na 38 kilometrze autorstwa Morświna czyli szczęśliwego wybrańca naszej tuptającej z nami na parkrun Sławki. Tutaj już jest zupełnie inny obraz. Nie na już radości, nie ma entuzjazmu, już nawet widać że chyba biegu nie ma, tylko niemrawe człapanie. To była chwila tuż po moim zderzeniu się ze ścianą, po którym smak biegu zamienił się ze smakowitego dania w trudne do przegryzienia twarde jak kamień zmrożone i nie do przełknięcia mięso. To już nie był radosny happy run, tylko death man running, albo Darth Vader run, jak to woli, gdyż oba określenia pasują do mojego ówczesnego stanu fizycznego oraz psychicznego. Tak kiedy sobie patrzę na to drugie zdjęcie, to sobie myślę: co mi odwaliło, żeby na Królewski Dystans znowu się zapisać. Przecież poza moim pierwszym drugim startem, na każdych pozostałych pięciu miałem jakieś przeboje. Zawsze coś się działo, co zmieniało smakowanie biegowej radości w gorzki kielich bolesnego cierpienia. Można więc napisać, że byłem w dwóch stanach świadomości: niebiańskiej i piekielnej. Z drugiej strony z piekła po przekroczeniu linii mety znowu do nieba mogłem wkroczyć. Jednak biorąc pod uwagę chaos oraz jakość usługi, którą na mecie otrzymaliśmy, to raczej był czyściec. Może to i lepiej, bo bym się jeszcze zbytnio rozpuścił. 

A jednak mimo tego bólu, przebojów oraz mało satysfakcjonującego wyniku już teraz wiem, że kiedy znowu pojawi się okazja wystartować na Królewskim Dystansie, to znowu stanę zwarty i gotowy, kiedy nadejdzie czas startu. Powiedzmy sobie szczerze: piątki, dziesiątki nawet półmaraton są fajne dające jakieś wyzwanie i walkę, ale zawsze takie na jedną ósmą, jedną czwartą czy pół gwizdka. To nie jest to pełne wyzwanie i taka prawdziwa, trudna do określenia frajda mimo e bólem, cierpieniem i męką wspomagana. Maraton to jest jednak maraton. Dlatego nawet teraz widząc moje człapiące zdjęcie nie powiem: nigdy więcej. A może spróbuję dalej, jakieś ultra? Tak na zasadzie: nie dasz rady tego dystansu? To weź dwa razy dłuższy, a w połowie drogi dojdziesz do wniosku, że maraton, to tak naprawdę pikuś.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o