Biegowa pogoda barowa

Co prawda dzisiaj chciałem inny tekst wrzucić nawiązujący do lekkiego zamieszania, który mój wczorajszy tekst wywołał wśród znawców tematu, ale wrócę do niego jutro, gdyż po wczorajszym treningu dostałem trochę inną wizję. No, a niestety jak do tego jeszcze nawiążę się w jutrzejszym wpisie w moich tekstach kieruję się głównie odczuciami, sercem niż czysto biegową wiedzą, gdyż jako typowy amator mam ja na poziomie czysto amatorskim i taka mi zupełnie wystarczy.

No, ale o tym jutro, a dzisiaj przebiegam już do głównego tematu dzisiejszego wpisu. Ostatnie tygodnie wyjątkowo nas rozpieszczała. Można śmiało napisać, że mieliśmy jeszcze spokojnie miesiąc lata ekstra w swoim najpiękniejszym letnim wydaniu. Co prawda gospodarka cicho szlochała zapowiadając klęskę po suszy, ale my zwykli zjadacze chleba, którzy aż tak głęboko w przyszłość w swoich przemyśleniach nie wybiegami żyliśmy radośnie pięknym dniem codziennym. No, ale wszystko co piękne ma i swój koniec więc wczoraj jesień objawiła nam swoją bardziej szarą niż złotą twarz. A do tego jeszcze twarz całkiem zapłakaną. Jednym słowem lało, zimno, paskudnie i jak to się mówi do domu daleko. A kiedy już w tym domu się znajdziemy wracając po zawodowych rozkoszach, to zamiast na trening najchętniej zagrzebalibyśmy się w jakimś kocu w TV czy kompa spoglądając popijając przy okazji coś bardziej do wyskoków niż biegania namawiającego. Bo wyjść biegać w taką pogodę wymaga już pewnego duchowego pierwiastka masochistycznego, który nie u każdej osoby się jeszcze uaktywnił. Dlatego osoby biegające mają dwie, a w zasadzie nawet trzy możliwości, przy czym te dwie są główne, a trzecia dodatkowa ekstra łącząca w jakiś sposób dwie wcześniejsze.

Pierwsza to jest ta, którą wszyscy prawdziwi specjaliści od biegania głoszą: nie ma że pada, nie ma że zimno, nic ubierasz i idziesz biegać. Co nas nie zabije to nas wzmocni, a bieganie w deszczu hartuje nasz charakter i daje wyjątkowego kopa życiowego. Owszem jest w tym dużo prawdy, bo widzę to chociaż po sobie. Ale nie każdy musi być już na takim etapie masochizmu biegowego. Jeżeli komuś ta pogoda nie odpowiada, nie czuje się biegając w deszczu, wie, że może się to dla niego źle skończyć, bo jeszcze nie jest odpowiednio przygotowany i zahartowany, to nic na siłę. Nie czujesz się na siłę – nie wychodź. Nie jesteśmy zawodowcami, my nic nie musimy. My co najwyżej możemy, chcemy, lub nie chcemy. A jak nie chcemy, to w domu zostajemy i koniec. Nie walczymy o złote gacie, ani diamentowe pończochy. Jak nam się nie chce, pogoda nie odpowiada, to nasze święte amatorskie prawo by w domu zostać. Jeszcze przyjdzie czas na masochizm biegowy, albo i nie przyjdzie.

No, ale jak wspomniałem na początku jest jeszcze trzecia droga. Nie darmo się mówi, że taka pogoda określana jest mianem barowej. Najchętniej by człowiek ze znajomymi zamknął się w barze opróżniając butelkę za butelką zagłuszając w ten sposób hałas kropli uderzających o okna, parapety czy dachy. No, ale jak wspomniałem można tutaj połączyć przyjemne z pożytecznym. Otóż zamiast pójść czy jechać można przebiec się do baru, a wracając po wszystkim biegnąc mocnymi zakolami, ile się jeszcze dodatkowo ekstra kilometrów nadrobi… Ale to dla tych najbardziej wytrwałych…


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o