Niepodległościowa inwazja biegających na Poznań

Zastanawiałem się czy tego wpisu nie wrzucić jutro zgodnie z zasadą jeden wpis dziennie, ale są wydarzenia, które wymagają na gorąco prezentacji, opisu, a na wyważony komentarz przybiegnie czas jutro. Dlatego dzielę się na gorąco, póki umysł jeszcze nie ochłonie dzisiejszymi wrażeniami z udziału chyba z największej imprezy biegowej w naszym kraju. To, czy rzeczywiście największej będziemy wiedzieli po podaniu faktycznych danych przez organizatora, ale wszystkie ptaki na ziemi i niebie głoszą, że podbiegło nas dzisiaj grubo ponad 25 tysięcy. Czy padła magiczna trzydziestka ( na liście startowej było prawie 31 tysięcy osób) będziemy wiedzieli w stosunkowo niedługim czasie.

Rano nie zabrałem samochodu na start wychodząc z założenia, że i tak nie wiadomo, gdzie można będzie stanąć, by potem nie zostać zablokowanym, więc postanowiłem udać się komunikacją miejską. I muszę przyznać, że wiele osób tak zrobiło i można napisać, że wszystkie autobusy i tramwaje jadące w kierunku ulicy Solnej były dzisiaj maksymalnie wypełnione osobami biegającymi. Mimo niedzieli, a do tego święta czyli pory, kiedy w zasadzie pustki powinny być na drogach czy właśnie w pojazdach komunikacji miejskiej, tłok w nich panował, jak w godzinach szczytu normalnego, pracą wypełnionego dnia. Z tą jedynie różnicą, że 90% jadących była ubrana w biało lub czerwono, a do tego na sportowo. Kiedy wychodziłem z tramwaju z głośników popłynęły na dla nas wszystkich wychodzących życzenia powodzenia na trasie. Muszę przyznać, że było to bardzo miłe..

Kiedy znalazłem się na Solnej, czyli ulicy „s”, mimo wczesnej stosunkowo pory ( około 40 minut do godziny „s” ) tłumy biegających i ich osób towarzyszących już przechodziły z jednej strony ulicy na drugą. Co chwilę przekazywane były informacje i komunikaty przez władającego mikrofonem prowadzącego. Trzeba przyznać, że wszystko pod tym względem bardzo dobrze zorganizowane. W odpowiedniej porze, padł komunikat, że wszyscy wchodzimy do stref startowych, gdzie ustawiamy się w zapewne kilometrową i to z dużym plusem flagę – po lewej czerwoni (no tak czerwoni zwykle po lewej), a po prawej biali. Kiedy już się ustawiliśmy, nastąpiła kilka minut publicznej rozgrzewki, a następnie chyba najbardziej podnosząca włosy na głowie chwila czyli odśpiewanie czterech zwrotek naszego hymnu narodowego. Kiedy uniesienie opadło, ruszyliśmy wszyscy na trasę, zgodnie z założeniem organizatora falami.

Muszę przyznać, że co do samego biegu, nie można niczego zarzucić. Mimo obaw, że przy takim tłumie biegających będą zatory i raczej spacer niż bieganie, wręcz przeciwnie cały czas biegliśmy. Może były chwile spowolnień i tarasowania lekkiego jednych przez drugich, ale z racji, że w poszczególnych strefach generalnie biegli ludzie o zbliżonych możliwościach biegowych, to poza nielicznymi wyjątkami, kiedy ktoś się załapał do danej strefy nie wiadomo po ci i dlaczego w zasadzie wszyscy biegliśmy w bardzo zbliżonym tempie. Po bokach spore grupy kibiców żywiołowo nas dopingujących, do tego kilka miejsc muzycznych, chyba trzy, albo cztery kapele ( w tym moja ulubiona, czyli zakonnicy grający „highway to hell”), do tego dwa czy trzy miejsca z muzą głośnikową, czyli oprawa jak na dyszkę „prima sort”. Kiedy biegliśmy czuło się, że to coś faktycznie wyjątkowego.

Muszę przyznać, że pamiętając finisz podczas pierwszego Biegu Niepodległości obawiałem się, że sytuacja może się powtórzyć, ale nic takiego nie miało miejsca. Przez metę po prostu przebiegliśmy, a potem szliśmy, szliśmy spory kawałek drogi nim dano nam na szyję medal, a jedną rękę butelkę wody, a w drugą no właśnie… Jedni dostali pełnowartościowego, prawdziwego rogala świetomarcińskiego, a drudzy jego dużo uboższą wersję o połowę mniejszą w stylu sklepu sieciowego. Podejrzewam, że mamy tutaj trzy możliwości: pierwsza że organizator specjalnie zamówił lepsze i gorsze rogale, by trochę ściąć na budżecie, ale nie chce mi się w to wierzyć, bo to trochę bez sensu. Drugą, że producentowi zabrakło prawdziwych i po konsultacji postanowiono dać część takich i część takich. No i trzecia, że producent, postanowił ekstra zarobić na organizatorze i wymieszać rogale pełnowartościowe z uboższymi zachwoując jedną cenę, na zasadzie pewno i tak się nie zorientują. Ktoś się jednak zorientował.

Na koniec coś co mnie zaskoczyło. Kiedy już minąłem linię mety ujrzałem między strefą mety, gdzie szliśmy a barierkami odgradzającymi nas od kibiców i osób wspierających lub ewentualnie przeklinających samego Szefa wszystkich Organizatorów czyli Artiego. Kiedy mu krzyknąłem „cześć” podając rękę, na początku nawet nie zwrócił uwagi wręcz odwracając się placami. Nie minęła jednak nawet minuta, kiedy sam do mnie podbiegł i podał mi rękę. Nie wiem czy poznał, czy z zasady, bo wcześniej nie mógł, ale było to miłe. Tak na razie na szybko na dzisiaj, głębszą refleksję i przemyślenia pozostawiam na jutro.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o