Jak to jest z przesuwaniem granic naszych możliwości

W tak pięknie wyświechtanym sloganie głosi się wszem i wobec, że my biegający cały czas przekraczamy, czy też przesuwamy granice naszym możliwości na coraz to bardziej trudne do osiągnięcia orbity. Że przeganiamy nasze życiówki, windujemy je coraz wyżej i wyżej i że praktycznie każdy bieg stanowi niekończącą się walkę z tymi granicami. Cała frajda w bieganiu polega na tym, ze ciągle sami siebie pokonujemy. Jest w tym chyba trochę racji, ale nie do końca i nie zawsze. Napiszę krótko: owszem są biegający, którzy są jakby stworzeni do biegania, dla którym poprawy ich osiągnięć przybiegają wręcz naturalnie i nie stanowią większego problemu. Kiedy mocniej trenują, to wyniki przybiegają z taką łatwością, jak niemowlę zapada w sen przy piersi swojej mamy po wcześniejszym zażyciu odpowiedniej uczty. Po prostu wręcz można napisać, że z automatu bicie życiówek jest wpisane w ich biegową historię.

Jednak nawet i oni, mają okresy, kiedy ich możliwości osiągają jakieś graniczne pułapy i wtedy faktycznie mogą te granice bez problemu przesuwać. Okresy te zwykle przybiegają cyklicznie i oczywiście, a może raczej niestety coraz rzadziej wraz z upływem lat. W końcu wszyscy się starzejemy i wraz z upływem niepowstrzymanego czasu coraz trudniej te granice przesuwać. I nawet oni w pewnym momencie stają przed dylematem: co dalej? Jak biegać, kiedy nie można już wyników poprawiać? Jest to problem, ale do poszukania rozwiązania przejdę na końcu wpisu.

Po drugiej stronie barykady jesteśmy my zwykli szarzy tuptacze, którzy w jakimś okresie uzyskaliśmy pewne maksimum naszych możliwości i po pewnym, często nawet krótkim czasie, ten maksimum odpłynął w siną dal i biegamy coraz wolniej. Nie mamy jednak tak ci stworzeni do biegania wybrańcy pewnej cykliczności napływu i odpływu naszych możliwości. U nas one systematycznie i nieubłagalnie odpływają i końca tego odpływu nie widać. Nie potrafimy nad tym tak jak pierwsza grupa w pewien sposób panować, tylko z coraz większym fatalizmem akceptujemy ten odpływ. Z drugiej strony, to jest właśnie nasz moc i pewna forma przewagi nad tymi biegowymi mocarzami z pierwszej grupy. My po prostu akceptujemy i zdajemy się na ten odpływ, a czasy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, bo wiemy, że i tak pupa i tak pupa. Możemy ją nazywać jak chcemy, ale zawsze będzie to pupa. Czerpiemy wtedy radość z samego biegania dla biegania, z kontaktów z innymi biegaczami, na które mamy coraz więcej czasu, gdyż wolniej biegnąc dostrzegamy to, czego biegnąc szybciej nie sposób ujrzeć. Dlatego jesteśmy szczęśliwi samym biegiem, a te granice, czasy nie mają dla nas żadnego znaczenia. A co z kolei z tymi herosami biegania, kiedy ich możliwości w końcu staną i zaczną się cofać.  Z pewnością na początku będą szarpali na chwilę zatrzymywali proces, od czasu do czasu nawet go zawracali, aż dojdą do etapu, że już ani kroku w przód. I wtedy mają dwa wyjścia. Albo podejdą do tematu tak jak my i z dużo większym bólem, ale zaakceptują ten fakt, albo „obrażą” się na bieganie i poszukają  sobie innej pasji. Mam tylko nadzieję, ze ten drugi przypadek zdarza się bardzo sporadycznie, bo rezygnować tylko z powodu czasów i osiągów jest trochę mało mądre. Akceptacja samych siebie i naszych możliwości jest najpiękniejszym darem, który dzięki naszej pasji możemy otrzymać. 


1
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Craft.pl
Gość

Pomimo tego, że nie zgadzam się z takim podziałem biegaczy, to określenie ‘szarzy tuptacze’ zdecydowanie przypadło mi do gustu 😉