Milion odsłon w dziesięć miesięcy

Dzisiaj trochę mojej blogowej prywaty. Dlaczego będę rozwijał w trakcie wpisu, zgodnie z zasadą by delikatnie i po kolei podawać poszczególne dania, począwszy od przystawki, potem pierwszego dania aż do głównego, a zakończyć na deserze.

Muszę przyznać, że pisać lubiłem praktycznie od najmłodszych lat. Pisałem wierszydła, opowiadania, raz nawet jakąś książkę popełniłem, ale jakoś nigdy nie wychodziły moje wypociny poza cień szuflady biurka, w którym zapisane zeszyty się znajdowały. Co jakiś czas robiłem wielkie czystki, czyli wywalałem jak leci, mówiąc sobie nigdy więcej, a potem kiedy minęło parę miesięcy/lat – zaczynałem od nowa. Mijały lata, zmieniły się czasy, pojawiły komputery, MS Office ( a szczególnie Word) do tego Internet co wszystko stanowiło trudną do opanowania zachętę, by znowu zacząć bawić się pisanym słowem. Na początku pisywałem różne opowiadania, które tu i tam wrzucałem, potem zdarzyło mi się popełnić parę tekstów zleconych…. A potem pojawiało się w moim życiu bieganie. Nowa pasja pochłaniała mnie coraz bardziej, ale w pewnym momencie pojawiła się wizja by może obie pasje: piszącą i biegająca połączyć w jedną całość i wtedy narodził się pomysł założenia bloga.

Było to 5 lat temu i pierwszy blog biegacza amatora powstał na portalu Onetu – blog.pl i przez 4 lata cicho i pokornie tam sobie siedział. Cały czas w zasadzie skrobię głównie dla siebie, ale nie jest żadną tajemnicą poliszynela, że jak każda osoba, która prowadzi bloga, cieszę się, że mogę się moimi spostrzeżeniami dzielić z innymi i że są chętni do tego, by zaszczycić mnie swoją obecnością. W sumie przez pierwsze 4 lata na platformie Onetu, z racji że sam jestem cichy i skromny, to podobnie było z odwiedzającymi, gdyż 360 tysięcy odsłon ( nie unikalnych odwiedzin ), to jest wynik raczej średnio mierny. Jednak ja uważałem, że jak na moje możliwości, to jest ich szczyt i czułem się szczęśliwy każdą osoba, która mnie odwiedzała. Zresztą pod tym względem nic się nie zmieniło i do dzisiaj każda osoba, która zechce mnie zaszczycić swoją obecnością powoduje radosne podrygi duszy i serca mego.

Kiedy pod koniec zeszłego roku, niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, że Onet zamyka Platformę musze przyznać, że czułem ból, rozpacz, żal i wszystko co najgorsze. Byłem przekonany, że to koniec mojej twarzy jako skrobiącego tuptacza amatora. Jednak okazało się, że jest u nas pracy człowiek, który zna się na tych sprawach jak mało kto. Założył mi nową stronę nadając mojej blogowe twarzy zupełnie innego wyrazu. Nowy blog przy zachowaniu tego samego hasła przewodniego, ale ze zmienionym rozszerzeniem wystartował w połowie stycznia. Wkrótce potem Platforma blog.pl przestała istnieć. Początki były porównywalne ze stanem odwiedzin na starym blogu. Już w lutym udało mi się dojść do porównywalnej liczby miłych gości co na mojej pierwszej odsłonie. A potem moja szczęka zaczęła z wrażenia coraz szybciej opadać. Ale nasz firmowy Magik po cichu działał, robiąc rzeczy, o którym nam zwykłym użytkownikom nawet się śni. No i efekty zaczęły się pojawiać. Pierwsza prawdziwa terapia szokowa nastąpiła w czerwcu. Dość napisać, że na koniec maja miałem na blogu 40 tysięcy odsłon, a miesiąc później już 90 tysięcy. Byłem w szoku o był dopiero początek. Tak w skrócie – pod koniec sierpnia miałem już tyle odsłon, co na starym blogu przez całe cztery lata, a wczoraj… wczoraj przekroczyłem magiczny milion. Potrzebowałem do tego 10 miesięcy i dwóch dni… W tym czasie odwiedziło mnie ponad 260 tysięcy tzw. unikalnych gości ( obecnie prawie 40 tysięce miesięcznie).   I to jest dla mnie bezcenne.

Przyznam szczerze, że szok to mało powiedziane. Jestem przede wszystkim zaszczycony i nie wiem, jak mam wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy regularnie, sporadycznie czy nawet unikalnie, ale decydują się, by poświęcić mi trochę swojego cennego czasu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nie jest to blog, który porusza najbardziej topowe pod względem przyciągania gości tematu: nie jest o seksie, nie jest o polityce, ani o modzie czy pracy. Jest to raczej można napisać, ze w pewien sposób niszowy temat, gdyż ilu Polaków biega: milion, dwa, a ilu z nich zechce o tym poczytać? Absolutnym szczytem mojego szoku jest to, że to nie jest żadne blog ani ekspercki, ani specjalistyczny dotyczący naszej pasji. Tutaj nikt nie dowie się jak ma biegać, by było dobrze, w czym biegać, nie zostaną objawione ani biegowe tajemnice, ani nawet główne założenia. Jedynie co to jest pasja oraz regularność. Podobnie jest z językiem, jakiego używam. Specjalnie nie trzymam się obowiązujących zasad pisowni czy też gramatyki. Czasami tworzę własne frazy i określenia po których polonistom włosy mogą stawać dęba. Zdarza się nawet, że  stosuję zasadę gramatyczną na „Mistrza Jodę”. Ja się po prostu bawię pisaniem i sprawia mi ono jedną wielka frajdę. I dlatego czasem są tutaj nie biegowe prawdy, ale piszące, słowne czy też gramatyczne cuda objawione.

Na koniec jeszcze raz wielkie dzięki dla wszystkich, którzy zechcieli mnie do tej pory odwiedzić. Dzięki Wam chce mi się dalej…Co będzie dalej? Czy kolejne granice zostaną przesunięte w przyszłym roku ? Na razie nie myślę, na razie się raduję . W końcu ten rok ciągle jeszcze trwa.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o