Rywalizacja w bieganiu – motywuje czy raczej denerwuje

Dzisiaj chciałbym z lekka i z ostrożna poruszyć temat rywalizacji w czasie realizacji naszej pasji. Jak to z nią jest. Teoretycznie wydaje się, że nas amatorów nie powinna ona zbytnio dotyczyć. Nie jesteśmy w końcu żadnymi mistrzami, a napiszmy szczerze tak w porównaniu z zawodowcami jesteśmy mniej lub bardzie słabi. I po co w takim razie się ścigać, jeżeli żadnego rekordu nie poprawimy jedynie jeden drugiego ( lub jedna drugą czy drugiego, ewentualnie drugi jedną) może wyprzedzić. A jednak w większości biegów zdawałoby się amatorskich, chociaż raczej używa się określenia masowych ( co by umożliwić właśnie rywalizację i nagradzanie) zdecydowanie występuje. Wiadomo, kto wygra otrzymuje taką czy inna nagrodę. Są one przyznawane za zwycięstwa ogólne, jak i w różnych kategoriach, mniej lub bardziej wymyślnych. Wiadomo, ze wygrane przyciągają różnych pseudo-amatorów, którzy z takiego właśnie niby amatorskiego, niby masowego tuptania stworzyli sobie dodatkowe całkiem znośne źródło dochodów. Tak więc w przypadku tych biegów masowych, zorganizowanych za kasę robionych rywalizacja jak najbardziej istnieje, bo przyciąga tych, co za wynikami gonią, rekordy tras poprawiając. Bo co my, zwykli tuptacze dla samej przyjemności biegający możemy poprawić? Jedynie samopoczucie, własne życiówki na danym dystansie oraz ewentualnie grzywkę, jak już znajdziemy się na mecie.

Po drugiej stronie barykady mamy właśnie parkrun, który z miesiąca na miesiąc, roku na rok zdobywa coraz większy udział w biegowym rynku. Tutaj wręcz niczym ognia unika się nawet określenia, że jakaś rywalizacja ma miejsce. Wiadomo, że ktoś wygrał, uzyskał najlepszy czas, ustanowił rekord trasy, jest nawet lista pięciuset najszybszych, ale nic w zamian. Może jedynie miejsce w historii biegu w danej lokalizacji i to wszystko. Można napisać, że taka zwykła sława mołojecka, bez głębszego dna. Ba, wręcz jak napisałem wcześniej niczym ognia używa określenia „ biegowa rywalizacja”. Parkrun opiera się cyklicznych, cotygodniowych spotkaniach biegowych, gdzie spotykają się grupy tupfanatyków i co sobotę pięć kilometrów sobie za free, bez żadnych nagród, fanfar i fajerwerków biegną. Oczywiście, mimo że jak ognia używa się określenia rywalizacja, to mimo wszystko wśród tych najlepszych jakaś z pewnością występuje. Kto wygra dany bieg, kto ustanowi rekord trasy, z pewnością ci naj z naj na to bardzo pilnie spoglądają. Jednak cała ta rywalizacja jest podobnie jak cały cykl całkowicie non-profit.

No i na koniec nasuwa się pytanie. Jak to jest z tą rywalizacją, między nami amatorami. Czy może nas motywuje, czy raczej bardziej denerwuje. Powiedzmy sobie szczerze: człowiek jest istotą rywalizacyjną i wzajemna taka czy inna rywalizacja stanowi pewien ładunek emocjonalny podpalający daną formę pasji.  I tu nie ma znaczenia, czy jest to bieganie, łowienie ryb czy zbieranie znaczków. Zawsze jakaś forma rywalizacji między nami istnieje. Nawet w jednym teamie grającym do „jednej bramki” zawsze jest ktoś, kto gra pierwsze skrzypce, na którego cała reszta pracuje, marząc jednak po cichu, by samemu być na szczycie i by inni na nich pracowali. Taka jest prawda, że rywalizacja napędza nas ludzi, do pokonywania kolejnych granic naszych możliwości. I nawet najbardziej szlachetni i bezinteresowni z nas rywalizują na polu szlachetności i bezinteresowności z taki samymi jak oni. A jeżeli oni ze sobą rywalizują, to dlaczego my zwykli szarzy ludkowie nie mamy rywalizacją się napędzać. I co ciekawe rywalizacja może przyjmować różne oblicza i czasem nawet dużo słabsi i gorsi pod względem np. biegowych osiągnieć i możliwości mogą w czymś być lepsi, ot tych biegowych Mistrzów – prawda Grzesiu ( dygresja- ciekawe kto ją załapie) ?


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o