Biegowa opowieść wigilijna – wprowadzenie

Do mety pozostała ostatnia prosta. Jeremiasz miał przed sobą jeszcze tylko dwóch biegaczy. Cała reszta stawki wlokła się gdzieś daleko poza plecamifiniszujących. Przyśpieszył. Cały swój ogromny biegowy talent wsparty latami czasem katorżniczych ćwiczeń zmieniły się w jeden biegowy cios, który tuż przedmetą nagle wyprowadził. Niestety zdołał wyprzedzić tylko jednego biegacza.Wściekły, że trochę za późno rozpoczął finisz, pogratulował oczywiście zwycięzcy mamrocząc coś pod nosem, co miało zabrzmieć jak „szczerze gratuluję,brawo”, a następnie szybko się przebrał i czekając na ukoronowanie zwycięzców z lekką ironią spoglądał na ciągle jeszcze dobiegających do mety. „ Po cholerę oni biegają, jeżeli i tak nic z tego nie mają”. Nie raz i nie dwa takie myśli po głowie mu przebiegały, ale oczywiście głośno ich nie mówił, niech mają frajdę. Sporą liczbę biegających w jakiś tam sposób nawet kojarzył, bo także często robili za tłum w biegach, w których on grał pierwsze skrzypce, a że miał dobrą pamięć do twarzy, więc rysy wielu, gdzieś tam w pamięci odnajdywał.

Wielu z nich nawet go pozdrawiało, a byli i tacy, którzy nie wiedzieć dlaczego podchodzili i się z nim witali, jakby byli jakimiś kumplami. A jedyne co ich łączyło to fakt, że przez jakiś czas przebywali w jednej strefie startu, a potem mety,dopóki po rozdaniu nagród on się nie zwinął. Jednak z racji swojej super pamięci poznawał nie tylko twarze, ale tego kojarzył jeszcze po pewnej mało naturalnej wychudzonej sylwetce. Jaka tego przyczyna wcale go nie interesowało No i właśnie taki podchodzi ze szczerymi, albo i nie do końca szczerymi gratulacjami:

– Już słyszałem, drugie miejsce, podobno finisz rewelacyjny…

Jeremiasz się wysilił by pogmerać w pamięci… jak on miał na imię… nie ważne kogo to obchodzi.

– Dzięki bardzo, jakoś tak wyszło…

– Jestem pełen podziwu… Takie czasy, taki styl biegania, marzenie dla wielu

Zaśmiał się z lekka zirytowany w duchu. Czy on musi mu cztery litery zawracać:

-Jak się trenuje tak się biega…

Widział, jak z jego rozmówcy szybko uszło całe powietrze, skulił się i bez słowa odszedł na bok. No jednego wychudzonego dziwaka mniej. Jednak już widzi uśmiech drugiego. Tego też kojarzył, ale tak jak większość z nich raczej mało pozytywnie. Jeżeli nie było koszulek w pakiecie, to zawsze jakiś taki można napisać „obdarty”, w starych łachmanach, niemal klekoczących butach, niemal obraza dla szanujących się biegaczy. I taki właśnie idzie do niego z uśmiechem:

– Panie Jeremiaszu brawo, brawo…

Spojrzał na niego z góry:

-Dzięki, może jakby się chciało zainwestować w lepszy sprzęt to może też biegałbyś lepiej…

Jego rozmówca podobnie jak poprzednik skulił się w sobie i bez słowa odszedł.

Wtym czasie wreszcie było ogłaszanie wyników i wręczanie nagród, czyli to, na co czekał. Kiedy usłyszał: Jeremiasz Skrudżowski odebrał co mu było przynależne,wykąpał się i szybko pojechał do domu. Przecież nie będzie tracił czasu najakieś żarcie byle czego z pospólstwem po biegu. Jadąc do domu wskoczył podrodze na obiad do restauracji, (w końcu mu się należało), a następnie prawie zadowolony z siebie ( w końcu tylko drugie miejsce) dotarł do domu.

 Szybko włączył komputer, zerknął w maile,sprawdził raporty, postawił pracowników do pionu, dwóm z działu zakupów, którzyśmieli podważyć jego nowy sposób kwalifikowania dostawców zapowiedział że otrzymają wypowiedzenie ( jak się prowadzi własną firmę, to cały czas się jestczujnym- nawet w weekend, a pracownicy też mają być czujni), a potem na chwilę postanowił się położyć. Wieczorem miał jeszcze kolację biznesowo-towarzyską, więcpostanowił się na chwilę położyć….

Nagle poczuł, że leci na miastem. Pod sobą widział budynki.. Czyżby spał? Jednak czułna prawym ramieniu jakiś straszny mróz. Spojrzał w tamtą stronę i poczuł, jakkrew mu odpływa z żył. Widział przed sobą ducha, upiora, diabli wiedzą kogo, bo nie wierzył…ale widział.. I jak to wytłumaczyć. Duch czy też upiór bez słowa nagle razem z nim zaczął pikować i znaleźli się w pokoju, gdzie lekarz rozmawiał z kobietą o zapłakanych oczach.

-Przykro nam, ale już nic nie możemy zrobić. Nowotwór już ma przerzuty i nie zaryzykujemy stwierdzenia jak długo jeszcze….

Nagle na chwilę został przeniesiony do pokoju obok, gdzie przed telewizorem siedział znajomy, wychudzony biegacz…

Nagle znowu lecieli nad miastem… Po chwili pikowanie i znowu byli w mieszkaniu… nie w zasadzie jakiejś noclegowni, gdzie rozmawiało dwóch obdartych typów. Tego pierwszego,który właśnie mówił znał z biegów:

– Szukam tej cholernej pracy od dwóch lat i nic. Powiem ci szczerze, gdyby nie bieganie, to nie wiem, czy bym już się nie powiesił… A tak zawsze jest nadzieja, tak jak z każdym kolejnym kilometrem, ona ciągle przede mną…

I znowu leciał nad miastem. Nagle zaczęli w kierunku szpitala. Znaleźli się w korytarzu,ponad dwójką znanych biegaczy. Jeden to był ten, który był dzisiaj przed nim, a drugi ten, którego wyprzedził. Wsłuchiwał się w ich słowa:

– Szkoda chłopa, dobry był.

-No, ale taki upadek i taka kontuzja… Noga złamana w trzech miejscach Ciekawe czy będzie w stanie wyjść z tego i czy kiedykolwiek wróci do biegania

-Pewnie wróci, ale będzie co najwyżej takim samym człapaczem, jak ten cały tłum co za nami bieg. W każdym razie jeden rywal na trasie mniej

– A słyszałeś, że podobno firma mu padła? Dostawcy podobno go załatwili, gdyż po zwolnieniu starych wyrobionych nowi kompletnie się sprawdzili   …

I nagle znowu był w domu. Był już ranek kolejnego dnia. Cholera o kim oni mówili?Czy to jego przyszłość? O co tu biega? Szybko wstał, ochlapał się wodą…. Co to było?Jakaś bzdura… Sen mara i tak dalej. A jeżeli nie?

Kto wymyśli zakończenie? Jak mam, ale daję możliwość napisania własnego. Moje będzie jutro, ale mam nadzieję, że nie tylko moje. Marzy mi się alternatywne zakończenie biegowej opowieści wigilijnej jutro. Jak ktoś chętny zapraszam do wysłania na adres: kempinskipawel@wp.pl  Niech te Święta w spokoju i radości upłyną nam wszystkich i do zobaczenia na biegowych trasach.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o