Kiedy biegacz w drewno się zamienia…

Juk już wspomniałem wcześniej ostatnie dwa tygodnie to jest u mnie biegowa pustynia. Nie jest to oczywiście powód ani do rozpaczy, ani do rwana włosów z głowy. W końcu już i tak zbyt mało ich pozostało, żeby jeszcze z tak w sumie błahego i prozaicznego powodu zmniejszać ich „głowne” zasoby. Dlatego też spokojnie czekam, aż na tyle dobiegnę do siebie, aby znowu tup-pasji w spokoju ducha się oddawać.

Jak mam być szczery myślę, że dzisiaj ostatni dzień bez biegania, a jutro już wrócę na biegowe trasy. Oczywiście łatwe to nie będzie, gdyż czuję się, że tak to określę trochę jak sławetny Pinokio zanim jeszcze w dziecko się zamienił. Mogę napisać, że drewniane mam nogi, drewniane ciało i jakoś trudno się zmusić, by na jakieś kilometry porobić. No, ale jak to się pisze: nie ma że boli czasem musi. Dlatego też od jutra po pracy znowu na dreptanie pod domem zacznę wychodzić. Muszę zdążyć, zanim ktoś jeszcze mnie nie porąbie i jako rozpałki do pieca nie użyje. Gdyż obecnie, jak mam być szczery tak właśnie się czuję.

No, ale jak to ktoś mi napisał, nie ma co rozpaczać, załamywać się tylko do roboty trzeba się wziąć. W końcu kilometry czekają i same się nie przebiegną. To jest właśnie nasze zadanie. W sumie, jakby nie patrząc, dwa tygodnie przerwy ro nie jest jakiś szokujący okres. Niektórzy mają przerwy idące w miesiące, lata i też jakoś żyją. Sam w końcu ponad 40 lat w życiu nie biegałem i też jakoś nic strasznego się ze mną nie działo. Dlatego trzeba już znowu zacząć w spokoju ducha swoje kilometry robić. No i oczywiście znowu na parkrun się pojawić, bo Grzesiu pewno wykorzystał moje dwa tygodnie nieobecności. No i co najważniejsze, trzeba w końcu się zacząć brać za przygotowanie do półmaratonu. Niby jeszcze trochę tego czasu jest, ale z pewnością nie będzie on bezczynnie czekał, tylko coraz szybciej mi sp…uciekał znaczy się. Na razie najważniejsze, to się „oddrewnić” i trochę świeżych pąków biegowych wypuścić.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o