Zaczynamy ostateczne odliczanie

Za niecały miesiąc, czyli 29 dni pierwszy poważny start w tym roku czyli nasz poznański półmaraton. Oczywiście mogę przecież napisać, że to już będzie mój 15 półmaraton w życiu, więc nie powinno być już zbytniego parcia czy też wyzwania. No, ale wcale tak nie jest. W końcu to jest do przebiegnięcia 21 kilometrów z małym haczykiem, czyli dystans, który dla większości ludzi zamieszkujących naszą planetę, jest możliwy do pokonania, ale samochodem, autobusem, pociągiem, ale z pewnością nie na nogach. No, ale istnieje grupa zapaleńców, dla których jest to ulubiony do pokonania biegowy dystans.

Jak już wcześniej wspomniałem to mój już 15 półmaraton, ale chyba jeszcze nigdy nie byłem tak kiepsko do niego przygotowany jak obecnie. Nigdy nie byłem jakimś dobrym biegaczem, wręcz bardzo przeciętnym, ale w swojej przeciętności docierającym do mety w przeciętnym czasie, który był efektem odpowiednio przepracowanego rocznego okresu biegowego. A w tym roku mogę śmiało napisać, że jestem w czarnym biegowym odbycie, z którego ni cholery nie mogę się wyrwać. Przy moim obecnym przygotowaniu dotarcie do mety będzie niemal graniczyło z cudem. Na szczęście mam do startu jeszcze miesiąc, a chociaż to niby nie jest dużo, ale biorąc pod uwagę fakt, ze jakiś tam podkład tuptający mam już jakiś ta wyrobiony oznacza, że coś tam jeszcze nadgonić mogę.

Dlatego wczoraj i dzisiaj zrobiłem sobie dwa dni przerwy tak, żeby pobudzić tupgłoda,  a od jutra zaczynamy ostrą biegową orkę. Trzeba będzie znowu trochę kilometrów zacząć nadbijać. Co do czasów, na razie bez zbytniego szału, raczej na luzie i spokojnie, bo forma, z w zasadzie jej brak jest taki, jaki jest. No, ale trzeba coś zacząć robić, bo z nic nierobieniem, a w zasadzie zero bieganiem do połówki się nie przygotujemy. I w takim przypadku nawet moja podstawa nic nie pomoże. To tak, jakby w czasie siewu zostawić nie ruszone zaorane pole, bez wrzuconego ziarenka, potem się dziwić, że nic nie wyrosło. A jak może coś wyrosnąć, jeżeli czas siewu się przegapiło? W końcu nie tylko jak orzemy, ale także jak siejemy, tak nam potem wyrosnąć może. Jeżeli, któryś z tych dwóch głównych elementów się zawali, to potem można tylko samą glebę lizać. I to pełnym tego słowa znaczeniu, bo jak padniemy na trasie, to możemy sobie jedynie drogę polizać. Dlatego trzeba cztery litery ruszyć i do tuppracy się wziąć.   Ale o szczegółach jutro, a dzisiaj na razie mam plan. Ale jak ten plan zostanie realizowany będę klasycznie zdawał relację na moim skromnym, cichym i pokornym, jak cały ja blogu.

 To, co teraz zaczynamy można zobrazować starym zapewne dla wielu muzycznym hitem

Oj był to kiedyś hicior. Idealnie pasuje do tego, co zaczynamy.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o