Pobiegane z wiatrem

Ostatnie dni w naszym mieście i nie tylko, gdyż także w całym kraju są pod motywem przewodnim jednego wielkiego wiatru, a w zasadzie wichury. Można śmiało napisać, że wieje jakby się ktoś powiesił. Jak ogłaszają meteorolodzy  w najbardziej ekstremalnych przypadkach wiatr może osiągać nawet i 110 km/h, a to już jest taki bardziej godny zefirek, który coś tam może zerwać czy też uszkodzić. W takich przypadkach człowiek się nawet cieszy, że ma te parę kilogramów więcej, gdyż przynajmniej go nie zwieje. Muszę przyznać, że w nocy parę razy słyszałem wietrzny ekspres, jak nad domem mi śmigał wyjąc swoją potępieńczą pieśń.

Muszę przyznać, że z tego powodu nawet się zbytnio rano nie chciało wstać, ale jednak człowiek się przemógł, wiatr – nie wiatr ale kilometrów i tak nam spod nóg nie wywieje. Dlatego jak co sobotę udałem się rano na moją ulubioną biegową miejscówkę, czyli Cytadele. Bo nocny wianiu dzisiaj trochę się uspokoiło, ale i tak z tej czy tamtej strony jeszcze zdrowo podwiewało. Mimo to takiej niezbyt w sumie zachęcającej pogody zapewne znowu 200 osób z malutkim hakiem zdecydowało się rano wstać i przybyć na Cytadelę, by wspólnie pobiegać. Pogoda w sumie niby ładna, słoneczko, ale jak napisałem trochę z tej czy z tamtej strony nam zawiewało.

Jednak jak to się mówi: co nas nie zabije, to nas wzmocni, dlatego mimo porywów, szumów, huków wietrznych ruszyliśmy przed siebie podpalani własnym biegowym ogniem, którego wiatr nie dał rady zagasić. A trzeba przyznać, że w czasie biegu starał się to skutecznie robi. Tak, żeby jeszcze nam wiał w plecy, byłoby ok, ale on nie.. Musiał wiać, albo centralnie w twarz, albo z jednego, czy z drugiego boku. No i w efekcie jakby nas starał się zatrzymać, kiedy zderzaliśmy z biegową ścianą, albo po wpływem bocznych powiewów powodował, że zachowywaliśmy się trochę jak osoby po spożyciu sporej ilości napojów o godnej zawartości alkoholu, do których podczas powrotu do domu należy cały chodnik jak długi i szeroki. Jednak oczywiście daliśmy radę do mety dobiegliśmy, ci mieli ochotę jeszcze coś po naszemu poznańsku wszamali i wydudlili, a następnie po rodzinnej fotce wrócili do domu. A ci co nie mieli czasu odpuścili sobie tę konsumpcyjno-pstrykającą część naszych parkrun spotkań i od razu po biegu zwinęli się do domu, czego byłem dzisiaj przykładem.  Nie zmienia to faktu, że pobiegaliśmy dzisiaj z wiatrem, a on nas nie zatrzymał.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o