Wagowa rewolucja biegacza amatora

Po jednym z moich ostatnich wpisów na temat poprawy wyników w bieganiu ktoś napisał w komentarzu, że warto sprawdzić tętno, gdyż przyczyny poprawy mogą być różne. Akurat w moim przypadku przyczyny są dwie i realizowane jednocześnie. Pierwsza to oczywiście zmiana treningu, zwiększenie kilometrażu, dodawanie różnych biegających elementów budujących moc i siłę. Druga, to już także wspominałem, jest moja trwająca od grudnia rewolucja wagowa. Jak już wspomniałem w połowie grudnia wszedłem na wagę i przeżyłem lekki wstrząs. Może nie tak duży, jak na początku obecnego wieku, kiedy ważyłem ponad 130 kilogramów, ale 95 też już stanowiło nieprzyjemną niespodziankę. No więc trzeba było znowu się wziąć do odchudzającej pracy. Ponownie zastosowałem własną metodę. I cóż początki, jak wspomniałem, czyli pierwsze 3 miesiące, tak do lutego, to było raczej bardziej przygotowanie i wprawianie niż już prawdziwe odchudzanie. Dość napisać, że w tym pierwszym okresie schudłem niecałe 3 kilogramy, czyli waga, która żadnej części ciała nie urywała. Cała moja dieta ograniczała się do wyeliminowania całkowitego słodyczy i trzech względnie normalnych posiłków dziennie, ale już w stałych godzinach Potem następne niecałe 4 miesięce do czerwca, to już poważniejsze zaczepno-ofensywne działania odchudzające, gdzie w pewien spokojny sposób zacząłem te trzy posiłki jakoś redukować. Oczywiście obie fazy były połączone ze stałym, spokojnym biegowym treningiem na poziomie 5 km dziennie plus parkrun, ale w czasie powiedzmy baaardzo miernym. W efekcie w tym okresie zgubiłem 7 kilogramów. Nie był to jeszcze jakiś rewelacyjny wynik, ale już coś było, gdyż po niecałych siedmiu miesiącach dycha na koncie już była zgubiona. 85 kilogramów wagi po tym czasie to nie był zły wynik, ale do tego co mi się marzyło, było jeszcze bardzo, ale to bardzo daleko.

No i od czerwca to już zacząłem bardzo poważną ofensywę. Oczywiście cały czas mówimy tylko o trzech posiłkach dziennie, a w zasadzie dwóch i pół, gdyż śniadanie i obiadokolacja na porównywalnym poziomie, ale za to trzeci, południowy posiłek, to bardzo, ale bardzo lajtowo. Może pominę co jem, gdyż znowu się na mnie rzuci tłum dietetyków niczym hieny na świeżą padlinę. Do tego zostało to połączone z ostrą pracą treningową do maratonu przygotowującą. A to oznacza już nie 5, ale ponad 10 kilometrów dziennie plus pewne systematycznie powiększane odległości „wybieganiowe”, a  tego rytmy, interwały i inne takie różne i podobne. No i efekcie dzisiaj rano, kiedy wszedłem na wagę okazało się, że ważę już 77 kilogramów, czyli od czerwca zeszło mi osiem przez 2 i pół miesiąca. A to już myślę fajny wynik. Tym bardziej, że jestem już wstanie nawet wstępnie założyć, że do maratonu powinno mi się udać jeszcze te 3 do 5 kilogramów zgubić. A waga 72 kilogramy, to jest waga, która jest moim celem. I jest realna szansa, że w tym roku ją osiągnę, co będzie oznaczało, że przed rok „zgubię” 23 kilogramy. A do maratonu żeby tak osiągnąć chociaż „wagowe oczko: czyli te 74 kg to już będzie super.

Oczywiście samo zgubienie wagi, to jedno, ale prawdziwe wyzwanie się zacznie potem, by ją utrzymać.  Ale mam już w tym wprawę, gdyż po pierwszym wielkim odchudzaniu, kilka lat potrafiłem wagę trzymać. Niestety w moim przypadku oznacza to jedno: dalej żadnego słodkiego i trzy posiłki dziennie. Niestety słodkie dla mojego organizmu, to jest najgorsza trucizna. I trzeba ją całkowicie wyeliminować, bo w przeciwnym razie jak to się mówi reakcja storpeduje całą rewolucję. A nie o to mi  w końcu biega…


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o