W bieganiu też można zapeszyć

Muszę przyznać, ze sam już wiele razy w wielu sytuacjach przestrzegałem przed dzieleniem skóry na niedźwiedziu i hurra optymizmem. Szczególnie dotyczyło to  naszych komentatorów sportowych, którzy jeszcze przed różnymi zawodami już wieszali na szyjach naszych zawodników medale. I mimo, że sam wiem, że takie prognozowanie wyników i zakładanie co będzie jest zgubne praktycznie we wszystkich sferach naszego życia, to sam się na tym dzisiaj przejechałem. A co by było weselej, sam w wielu zdawało się w praktycznie pewnych sytuacjach zawsze robiłem jako ten co doszukuje się dziury w całym i przestrzegający przed pewnym kroczeniem po swoje.

A wczoraj, przed dzisiejszym parkrun już się rozpisywałem, jak to w ostatnich tygodniach za każdym razem poprawiam czas, że znowu zrobiłem w tygodniu godną treningową trasę, więc pewno znowu coś z sekund uszczknę, licząc, ze z przodu będzie już 25, a nie 26 minut. No i może do tych 23, gdzie bez ruchu moja życiówka siedzi zacznę się zbliżać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest to jakiś ekstra czas, a wielu mocarzy biegania, to nawet się w takich czasach nie rozgrzewa, a mogą w nim podążać przed siebie w stanie upojenia alkoholowego, wracając do domu i wiedząc, że czeka tam żona z wałkiem, więc opóźniając maksymalnie przybycie, licząc, że może zaśnie.

No, ale ja jestem cichym, skromnym i pokornym tuptacze amatorem i takie, a nie inne czasy są mi przypisane. No więc udałem się dzisiaj na parkrun, że 26 minut będę łamał i piątka z przodu się objawi. Pogoda dzisiaj był wyjątkowo piękna.  Można napisać, ze złota polska jesień w swoim najcudniejszym wydaniu. Spowodowało to, że spora grupa osób, gdyż koło 170 pojawiło się na Cytadeli. Jak zawsze na początku przywitania, pogaduchy, po czym udaliśmy się na start. Może i zrobiłem błąd, że stanąłem na samym końcu stawki, przez co na dzień dobry straciłem parę ładnych sekund, ale już taki ze mnie tyłowy typ. Zdecydowanie wolę od tyłu wyprzedzać, niż zaczynać z przodu i tarasować drogę tym lepszym. W każdym razie, żeby nie przedłużać, mojego najlepszego tegorocznego wyniku nie poprawiłem, ale co do mety w radości dotuptałem to moje.

Oczywiście po parkrun już nie czekałem, tylko od razu biegiem do domu, by bez straty rozgrzania jeszcze ponad te 8 kilometrów zrobić. I kiedy dobiegłem do domu mogłem w spokoju ducha powiedzieć: weekend został rozpoczęty. A że się nie udało poprawić czasu? Trudno… Nie będę nic planował zapowiadał, wyrokował, co ma być w przyszłości to będzie.


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o