Relacja z półmaratonu w Kościanie

Na początku, jak to mam w zwyczaju zaczynam od wczorajszych wypowiedzi. Robercie na wyniki z sobotniego parkrun sobie spokojnie sobie poczekamy. Masz je pod kontrolą, więc z pewnością Tobie nigdzie nie uciekną. Freelove, to nie moja wypowiedź. Zresztą jak zerkniesz, to wspomniany Biegacz Amator nazywa się Marek Kacprzak, czyli zdecydowanie nie ja. Ale trochę musze się zgodzić, co do kryterium wyboru biegów. I nie wspomnę tu tylko o półmaratonach, ale głównie biegach na 5-10-15 km. W moim prywatnym odczuciu obecność Maniackiej, przy całym szacunku dla wysiłku  w ten bieg włożonego i jego specyfiki jest trochę nie na miejscu. Osobiście uważam, że jest dużo więcej biegów na 10 km., które powinny się znaleźć na liście. Z tych, w których sam biegłem to chociaż Dycha Drzymały, Chyża Dziesiątka czy Pogoń za Wilkiem. Coś w tym jest, bo Maniacka jest biegiem bardzo specyficznym i tak jak specyficznym, tak ubogim, co raczej dyskwalifikuje go z obecności na tej liście. Z drugiej strony, może właśnie słabość finansowa i powiedzmy średnia strona organizacyjna połączona z ogromną mimo wszystko popularnością biegu decyduje o miejscu na liście. Bo mimo wszystkich wymienionych minusów, I muszę przyznać jedno: ma w sobie magię, która powoduje, że mimo iż oceniam tak jak oceniam, to jeżeli jeszcze w przyszłym roku będę biegał z pewnością w niej wystartuję. Może dlatego, że to taki pierwszy poważny bieg po zimie? Kto wie co takiego tajemnego w nim jest, że mimo tylu mankamentów, takie tłumy do niego ciągną. Robercie  numerem II się podpisujący, dzięki za życzenia i gratulacje. Co do porównania, z Mistrzynią, to aż zapłonąłem niczym dziewic przed pierwszym stosunkiem z życiu. Wielkie dzięki to zaszczyt, chociaż nie zasłużony, ale jakże miły. Do kryteriów stosowanych przez jedną z naszych największych gwiazd sportów zimowych także wolę się nie podpisywać. Nie ważne oddanie dwóch równych, ważne w obu dobiegnięcie.

No i właśnie podchodzimy do głównego dania obecnego weekendu. Ba napisze więcej, głównego i podsumowującego punktu mojej całorocznej kampanii pod nazwą „ Korona Półmaratonów Polski”. Dzisiaj za 4 godziny z paroma minutami ( jest obecnie 7.40) stanę w strefie startu w grupie ok 1600 osób czekając w podnieceniu i niecierpliwości na sygnał startu, po którym ruszymy wszyscy zmagać się ze swoimi słabościami oraz 21 kilometrami. To będzie mój 5 półmaraton w tym roku, jak i w całym do tej pory życiu. Co planuję, co zamierzam, co chcę osiągnąć? Myślę, że  to już dokładnie wyłuszczyłem w piątek. Cel jest główny: dobiec  nie lec, czy nie  zostać zabrany z trasy przez jadący na końcu pojazd z tabliczką „ koniec wyścigu. A czy to będzie miejsce w pierwsze połowie stawki, drugiej, czy pod sam koniec dzisiaj nie będzie miało żadnego znaczenia. Co nie przeszkodzi, że w strefie startu ustawie za pacemarkerami  mający na balonikach napisane: 1 godzina i 50 minut. W końcu w Pile dwóch sekund mi zabrakło do złamania tego czasu, w Poznaniu i Szamotułach miałem ok trzech minut powyżej tego wyniku, a w piekielnej alei upału w Grodzisku 7 minut ponad ten czas. Wystartuję z nimi i zobaczymy co się będzie działo.  Na razie pogoda zapowiada się super. Jest co prawda lekka mgiełka, ale chłodno bez krytycznych wartości ani w jedną, ani w drugą stronę. Czyli może być dobrze. Do tego jak w moim odczuciu perfekcyjna, jak na razie oprawa informacyjna. Pod względem organizacyjnym na ten moment ekstraklasa. Ba, pójdę dalej, na tym etapie bez konkurencji. Ale to jest dopiero początek, czy raczej pierwszy element oceny. Jeżeli poziom zostanie zachowany do startu, samego biegu oraz mety, to mogę mieć nowy numer jeden w mojej klasyfikacji biegowej. Ale nie chcę być zbyt wyrywny, ani nie zapeszać, dojedziemy, odbierzemy,  pobiegniemy mam nadzieję, że dobiegniemy, a potem ocenę może subiektywna, ale zgodną z moim sumieniem wystawimy. To znaczy ja wystawię, ale mam nadzieję że przeżyjemy to wszyscy razem. Dlatego staram się zadbać dzisiaj o wszystkie szczegóły. Przez dwa dniu zażywałem „ młota na kontuzje” w wiadomym miejscu, dzisiaj sobie przed wyjazdem okleję plastrem palce u stóp. Niestety w czasie biegu, paznokcie także od czasu do czasu lubią chodzić, to znaczy schodzić. A nie jest to miłe uczucie. Dlatego warto się zabezpieczyć.

A teraz na zakończenie tego wstępu pragnę życzyć nam wszystkim, którzy dzisiaj z kościańską trasą się zmierzymy, wspaniałego biegu, satysfakcjonujących wyników, wielu życiówek oraz co najważniejsze, niech nas szerokim łukiem omijają urazy i kontuzje. Gdyż z własnymi zwątpieniami,  słabościami oraz kryzysami, które z pewnością na trasie nas dopadną razem mam nadzieję, że sobie poradzimy. Do zobaczenia na starcie, trasie i co najważniejsze w dobrym samopoczuciu na mecie.

A na zakończenie wstępu najbardziej motywujący mnie kawałek muzyczny do dzisiejszego wysiłku: https://www.youtube.com/watch?v=hTWKbfoikeg .

Zgodnie z ustaleniami z Robertem i Cezarym do punktu zbiórki podjechałem w okolicach godziny 10.30. Po chwili podjechali znajomi współbiegacze, więc zgodnie z ustaleniami  przesiadłem się do samochodu Roberta i pojechaliśmy do Kościana. Na miejscu byliśmy w okolicach godziny 11.40, ( dzięki Freelove) więc zdążyliśmy spokojnie odebrać pakiety. W czasie odbioru pakietu przeżyłem lekki szok, gdyż do pakietu dostałem oficjalny plakat półmaratonu, na którym moja tak mało fotogeniczna gęba także się znalazła.  Dlatego wrzucam  z krótkim pytaniem: kto mnie znajdzie.

Po odebraniu pakietów udaliśmy się do samochodu. Tam każdy przygotował się jak uważał, po czym ruszyliśmy do strefy startu. Ostatnie chwile po rozstaniu z Robertem i Cezarym spędziłem w mojej strefie startowej drepcząc niecierpliwie i czują ognie i wichry duszę moją szarpiące. Mój 5 półmaraton w tym roku. Czy mi odbiło? Masz jeszcze czas wycofaj się i poczekaj w knajpie na Roberta i Cezarego popijając piwko, albo kawkę. Takie myśli po głowie mi chodziły. Ale nie zdołałem ich wprowadzić w życie, gdyż już  został dany znak i trzeba było biec. Stałem tak mniej więcej w środku mojej strefy mając dosyć daleko przed sobą baloniki na 1 godzinę i 50 minut i porównywalnie daleko za sobą baloniki na 2 godziny. Ruszając przed siebie przez chwilę myślałem, czy bardziej gonić czy raczej przyjdzie mi uciekać. Ale nie było co myśleć, tylko trzeba było zacząć biec. Ruszyłem mając z jednej strony dosyć ciężkie,  przepełnione niepokojem serce, a z drugiej czując taką wieczną i nieustającą ekstazę psychiczną do spełnienia biegowego kroczącą. Ale do tego spełnienia miałem przed sobą jeszcze 21 kilometrów męki , zwątpień i znojów. I taka na początku biegu nasunęła mi się refleksja: czyż bieganie nie ma w sobie pierwiastka masochizmu? Ale na to pytanie  każdy musi sobie prywatnie w duszy odpowiedzieć.

Tak więc biegniemy po jakże urokliwych kościańskich uliczkach. Pokonujemy zakręty oklaskiwanie przez grupki mieszkańców dzielnie nas wspomagających. Niepokój i obawa odpływają w dal, a zostaje czysta rozkosz z biegu płynąca. Widzę mijane  kilometry, ale na początku od 12 wzwyż, czyli tych, które będą nas obowiązywały na drugiej pętli. Na razie czuję moc z każdego pokonanego metra płynąca. Obawy, o łydki, kolana i uda, które ostatnio mnie z lekka uwierały odpłynęły w siną dal. W końcu otrzymałem wsparcie i musze dać radę. Biegłem w tłumie ludzi wzajemnie się do siebie uśmiechających i wspomagających. Takiego poczucia mocy i wewnętrznego wsparcia z grupy płynącej nigdzie indziej, niż w czasie biegów nie zaznałem. Bo chociaż każdy z nas walczy z czasem i pragnie zdobyć jak najlepsze miejsce, to nikt nikomu „nogi nie podkłada”. Bo jeżeli ktoś biega szybciej ode mnie, to dlaczego mam go blokować?  A czy będę na mecie np. 600 czy 630, czy nawet 850, to nie ma żadnego znaczenia. Byle nie być wyprzedzonym przez pojazd jadący na końcu z napisem „ koniec wyścigu”. Bo będzie to oznaczało przedwczesny finał wyprzedzonego. Ale do tego było mi daleko, gdyż limit czasu był na poziomie 2 godzin i 30 minut, a ja miałem nadzieję, że w najgorszym przypadku w okolicach 2 godzin dobiegnę. No chyba, że przedtem legnę. No, ale nie było co myśleć, tylko trzeba było walczyć z sekundami trzymając się grupy, w której akurat biegłem. Przez pierwsze kilometry grupa była zwarta własną mocą napędzana. Gdzieś tam w mniej więcej na tym samym poziomie oddalenia widziałem nad tłumem głów dwa zielone baloniki, na których czarnym pisakiem był napisany czas: 1 godzina 50 minut. Muszę przyznać, że nie zbliżałem się do baloników, ale także nie oddalałem specjalnie od nich.

Wreszcie widzę pierwsze oznaczenia obecnie pokonanych kilometrów. Najpierw wpadła mi w oczy tabliczka z napisem 3 km, a parę, może paręnaście minut później 5 km. Przy pierwszej piątce przez głowę przeszłą mi myśl. No to pierwszy parkrun dzisiaj zrobiony. Biegniemy dalej. Muszę przyznać, ze poczucie przynależności do grupy, w której obecnie biegłem dawała mi dodatkową moc i ogień. Biegło się super, chociaż biegłem względnie ostrożnie. Po krótkim czasie zaczęliśmy mijać osoby biegnące z naprzeciwka. Cała trasa byłą tak pokręcona, że nie było szans wpaść w rutynę i znużenie. Cały czas coś się działo. Biegniemy prosto, potem zakręcamy, po chwili zawracamy i wtedy biegnąc mijamy tych co biegną albo za nami, albo w innym układzie przed nami. Od czasu do czasu widzę Roberta, z którym się pozdrawiamy, potem zadumanego Cezarego, który patrzył nieobecnym wzrokiem gdzieś przed siebie. Nie było, tej tak często spotykanej nudy biegowej wywołanej jednostajnością widoku i trasy. Tutaj mieliśmy ostre zakręty, zawroty, spirale, korkociągi- jednym słowem cały czas coś się działo.  I to było super. Po kolei gdzieś tam odnotowuję poszczególne kilometry. Wreszcie zbliżamy się do końca pierwszej pętli. I znowu zawroty, zakręty i półkola. Raz widzę biegnących z naprzeciwka tych, którzy są przede mną, innym razem tych, biegnących za mną. W wielu momentach słyszę moje imię i pozdrawiam znajomych parkrunerów, których naprawdę godna liczba na kościańskiej ziemi dzisiaj stanęła. I już widzę koniec pierwszej pętli i oznaczenie 10 kilometra. Na stoperze miałem koło 52 minut, czyli wszystko zgodnie z planem. Bez szału, ale w przyzwoitej normie. I już jestem na drugiej pętli. Poznaję miejsca, które już raz dzisiaj widziałem.

Przed oczami widzę kolejne oznaczenia kilometrów: 12, 13, 14. Biegnę mniej więcej stałym tempem, błagając w duszy: niech już będzie 16 kilometr, bo od niego tylko 5, czyli jak parkrun, a to już jak w domu. Ale niestety każdy następny kilometr się wydłużał w nieskończoność. Moja grupa, która na początku była mocna i zwarta z każdym następnym kilometrem się wydłużała i uprzedzała. Widziałem pierwsze osoby, które przechodziły z trybu biegnącego w chodzony. Ktoś schodził, ale większość ciągle biegła. Sam miałem od czasu do czasu chwile wątpliwości, ale bardzo szybko j przepędzałem. Trochę utrudnieniem było chyba zbyt ciepłe się ubranie. Gdyż miałem lekką pierwszą warstwę, a na niej koszulkę. I na szczególnie na pierwszej pętli było to spore obciążenie. Potem robiło się coraz chłodniej, więc moje myśli trochę się zmieniały, ale mimo wszystko mogłem biec w samej koszulce.  Ale w końcu mamy listopad, a temperatura listopadowa jest jaka jest. Na szczęście nie było tak ciepło, jak w Szamotułach, ale nie było aż tak zimno, by jednak w dwóch warstwach biec. Kiedy szybkim spojrzeniem przebiegłem po tłumie z ulgą stwierdziłem, że nie tylko ja tak biegłem. I znowu wzajemnie się mijamy. Raz Ci, którzy są przede mną po chwili tych, którzy są za mną. Raz nawet widziałem trzech panów, za którymi jechał pojazd z napisem „ koniec wyścigu”. Czy ich wyprzedził nie wiem, gdyż biegłem w inną stronę I już widzę oznaczenie 16 kilometra. Zaciskam zęby myśląc: „jeszcze tylko parkrun. Przecież dam radę, muszę”. Co ciekawe na razie kryzysy, które mnie dopadały nie były aż tak ostre, jak w Szamotułach. Ale wiedziałem, że Piły raczej nie poprawię. Najważniejsze było jedno: dobiec.

Z każdym następnym kilometrem moja nadzieja rosła.  Chyba dam radę. Co prawda moje tempo nie było zbyt ostre, czego efektem było wyprzedzanie mnie przez kolejne biegnące osoby. Raz byli to panowie innym razem panie. Ba, raz biegłem w grupie chyba pięciu pań przed sobą, za sobą i z boku. Czego więcej facet może chcieć więcej od  życia niż biec w towarzystwie tylu pięknych kobiet? I już widzę oznaczenie kolejnych kilometrów 17, 18, 19. Każdy kolejny pokonany wyzwala niesamowitą radość duszę rozpalającą. Bo chyba dam radę. Jeszcze tylko 2 kilometry, przecież się teraz nie poddam. Na stoperze  I znowu czas niezgorszy w granicach godziny i 41 minut. Czyli 2 godziny będą złamane. Może Piły nie poprawię, ale nie to było najważniejsze. Z drugiej strony był to czas brutto. A jaki będzie netto to nawet nie myślałem. Pokonujemy wąskie, ale jakże miłe sercu kościańskie uliczki. Każdy kolejny metr przybliżał do celu. Moja grupa, z która tak mocno się zżyłem czasie całego biegu, na ostatnich kilometrach trochę mi odjeżdża. Na szczęście nie widzę nadciągających z tyłu baloników z dwoma godzinami. I już oznaczenie ostatniego 20 kilometra. W duszy rozpalają się ognie ekstatycznego spełnienia. Bo chyba już dam radę, nie legnę. Te ostanie metry pokonuję prawie tańcząc z radości. I znowu jedna uliczka, zakręt, druga. Po bokach coraz więcej ludzi głośno nas oklaskujących. Czuję już unoszący się w powietrzu zapach mety. I już po pokonaniu kolejnego zakrętu widzę przed sobą metę. Już wiem, ze dam radę, pokonam mój piąty półmaraton w tym roku. Napędzany ogniem spełnienia wbiegam na metę. Dusza śpiewa, a z ust i piersi wyrywa się krzyk: yeeeeee. Dałem radę, mój piąty półmaraton w tym roku wzięty. Odbieram medal ale co najważniejsze: Korona została zdobyta.

Na mecie znajduję Cezarego, z którym szukamy Roberta. Było z tym trochę zamieszania, ale w końcu się znaleźliśmy i pojechaliśmy do domów. Jutro przyjdzie czas na pisane podsumowanie połączone z pobiegowym dogorywaniem. A we wtorek… No wiadomo.


16
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~Robert
Gość

Faktycznie im dłuższy dystans tym mi się gorzej biega. Im krócej tym jestem lepszy na trasie.

Po kampanii jesiennej doszedłem do takich wyników:

5 km 20:03
10 km 42:44
półmaraton 1:38,22

Myślę że na 10 km mam jeszcze trochę rezerwy do poprawienia, skoro wczoraj w półmaratonie pierwszą dychę zrobiłem w 43 minuty.

~insetto
Gość
~insetto

No widzisz, u mnie to wygląda inaczej:
5km: 21.49
10km: 44.18 (ale to z czerwca)
21,0975km: 1:38.01
Teoretycznie też miałbym zapas na dziesiątce, ale nie miałem okazji pobiec żadnej atestowanej po maratonie, czyli niby w szczycie formy, a na Chyżej przeszarżowałem (szedłem na ok. 43.45). 5km zrobiłem dzień przed Szamotułami, więc trochę się oszczędzałem. Ale tak czy siak, im dłuższy dystans, tym lepiej. Odwrotnie niż u Ciebie.

~Robert
Gość

Właśnie dlatego aż do kwietnia 2015 nie będę nawet myślał o żadnym półmaratonie, nic w pobliżu nie ma, a zimą nie jest zbyt fajnie biegać na mrozie takie dystanse i marznąć. Zaczniemy od kwietnia 2015 półmaratonem w Poznaniu.

Teraz powoli zaczynam myśleć o nartach biegowych. Na pewno wystartuję w Libercu i Biegu Piastów na różnych dystansach, do 15 do 50 km.

~michu77
Gość
~michu77

Robert – do kwietnia to w zasadzie nie ma żadnych półmaratonów (no jest MIkołajowy w Toruniu, i ewentualnie Ślężański w marcu, ale nic w pobliżu).

Ja zawsze dystans przeliczam na okrążenia Malty… :p

~Sławek
Gość
~Sławek

GRATULACJE !

Wspaniały wyczyn!

~Robert
Gość

A mi do korony półmaratonów polskich zabrakło niestety tylko jednego biegu. Zrobiłem bowiem Poznań, Grodzisk, Szamotuły i Kościan. W przyszłym roku żeby zdobyć koronę muszę pojechać do Piły albo Gniezna i będzie po sprawie 😉

Szkoda że nie wliczali któregoś z półmaratonów w których biegłem w tym roku (Zielona Góra, Kaźmierz, Tarnowo Podgórne).

W sumie mam 7 półmaratonów w tym roku i na razie półmaratonom podziękuję, wrócę do nich w kwietniu 2015.

~Robert
Gość

A ja mam nieco inną taktykę – zaczynam zawsze najszybciej jak się da, a pod koniec biegu umieram i biegnę coraz wolniej i wolniej 😉 Wiem że pewnie nie jest to do końca zgodne ze sztuką biegania, ale tak się przyzwyczaiłem i już.

Dzisiaj był najlepszy przykład mojej “strategii”:

5 km czas 21:30 min
10 km czas 43 min
15 km 1:07

czas netto na mecie 1:38:22

~insetto
Gość
~insetto

No i też predyspozycje się liczą. Któregoś razu podawałeś swoje jesienne życiówki, zauważyłem, że krótsze dystanse wychodzą Ci lepiej niż dłuższe (z punktu widzenia zrównoważonych wyników). U mnie z kolei wychodzi, że przy dzisiejszej życiówce na połówce powinienem mieć mniej więcej o 20 sekund lepszą na 10km i o 40 sekund lepszą na 5km, niż faktycznie mam. Dodając do tego fakt, że najlepsze negative splity wychodzą mi na półmaratonach, można stwierdzić, że się po prostu wolno rozpędzam. 😉 Dzisiejsze piątki u mnie: 23.45, 23.19, 23.12, 23.08 (mimo picia=marszu). Każdy biegacz to inny organizm. Na naszym poziomie najważniejsze i tak, by… Czytaj więcej »

~insetto
Gość
~insetto

Robert, znów przybiegłem około 30 sekund po Tobie, tak jak w Szamotułach. 😉 Ja ogólnie miałem śmieszny początek: przez ogromną kolejkę do toi-toi’a zacząłem właściwą rozgrzewkę zdecydowanie za późno (a bieg na krótko, więc rozgrzanie mięśni ważne), i jeszcze w jej połowie, ok. 12:57, zorientowałem się, że czip został w plecaku, który już sobie leżał w depozycie… Druga połowa rozgrzewki była biegowo-stresowa. 😉 Na start dotarłem minutę po trzynastej, czy raczej: dotarłem do ogona startujących. Sam start się lekko opóźnił, ale i tak zdążyłem dotrzeć tylko do strefy na 2:00, co wobec ogromnego tłumu i wąskiej trasy średnio rokowało na… Czytaj więcej »

~Robert
Gość

Ja też podczas półmaratonów myślę sobie w głowie, że jeszcze tylko parkrun został gdzieś w okolicach 16 km, że wystarczy po cytadeli kilka zakrętów przebiec i już będzie meta 😉

Tak na marginesie to zawsze pod koniec półmaratonu przeklinam, czemu ktoś tam wymyślił, że półmaraton musi mieć 21 km z haczykiem. Nie lepiej by było zrobić równe 20 km 😉 Zawsze ten ostatni kilometr oznacza dla mnie największą męczarnię.

Dzięki za wspólny wyjazd i bieg.

~freelove
Gość
~freelove

Dla pełnej ścisłości dodam jeszcze, że Biegacz Amator odpowiada na forum Markowi Kacprzakowi a nie nim jest. Stąd było moje pytanie.
Oczywiście głosowałem. Oczywiście na…. 🙂 Wiadomo!

~Gosia
Gość
~Gosia

7 osoba od g9rry po lewej stronie. Bo to naprawde super ci sie przytrafilo. Wisienka na torcie na zakonczenie 5 polmaratonu i zdobyciu Korony Polmaratonow!
MEGA MEGA GRATULACJE! 🙂

~freelove
Gość
~freelove

We wtorek do wygrania jest kajak, więc z tą wisienką na torcie na zakończenie to się jeszcze okaże. 😉

~freelove
Gość
~freelove

Gratuluję zarówno ukończenia półmaratonu jak i korony! Ja też uwielbiam dużo zakrętów na trasie.
Myślę, że po tym jak dojechaliście do Kościana w 10 min. maraton w przyszłym roku to pikuś. 😉

~michu77
Gość
~michu77

Mimo wszystko namawiam na głosowanie na Maniacką Dziesiątkę, gdyż jest to chyba jedyny w Polsce bieg organizowany na taką skalę przez klub biegacza, czyli nasze koleżanki i kolegów z tras biegowych, wraz z rodzinami i przyjaciółmi.
Żaden Posir, urząd miasta czy organizacja eventowa… nie jest w to zaangażowana, ale to oznacza ze na wszystko musi wystarczyć z opłat startowych. Pewnie byłoby łatwiej/prościej wszystko ogarnąć przy limicie 1000 biegaczy – ale tutaj zapisy skończyłyby się prędzej niż w Rakoniewicach czy Luboniu.

~michu77
Gość
~michu77

oczywiście… gratuluję korony, i powodzenia na gościnnej lubońskiej ziemi, czyli u mnie 😛