Podsumowanie Półmaratonu w Kościanie

Na początku, jak to mam w zwyczaju zaczynam od odpowiedzi na wczorajsze komentarze. Michu, co do głosowania na Maniacką, cóż każdy głosuje na bieg, który serce, rozum i dusza mu wskazuje. Jak pisałem ja mam tutaj moje zdanie i raczej go nie zmienię. Osobiście uważam, że przy tym potencjale, który Maniacka w sobie posiada, można sferę organizacyjną dużo lepiej przygotować. Gdyż potencjał w tym biegu jest ogromny. Połączenie tradycji z wyjątkową popularnością. To wszystko można bardzo ładnie połączyć i w odpowiednie szaty ubrać. A niestety te szaty są jakie są. I na tym poprzestańmy. Jednak, co podtrzymuję,  mimo wszystkich mankamentów olbrzymi szacunek dla organizatorów i na mój udział ( jeżeli mnie nie zablokują, za nie do końca pozytywną opinię) w przyszłym roku mogą liczyć. O ile oczywiście ciągle jeszcze będę biegał. Freelove, dzięki za gratulacje, a jeszcze bardziej za zwracanie uwagi na pewne nieścisłości, które od czasu do czasu w tekście się pojawiają. Wiadomo, że kiedy skrobię zaraz po przyjeździe emocjami biegowymi wspomagany i osłabieniem dołowany, to różne „kruczki” mogą się pojawić. Jak mam być szczery zawsze przed wrzuceniem jeszcze sprawdzam, ale mimo wszystko coś gdzieś może uciec. I takie obiektywne „cenzorskie” spojrzenie bardzo się przydaje. Gosia dzięki za spostrzegawczość z plakatem, oraz za gratulacje. Masz rację, że znalezienie swojej nie do końca fotogenicznej  gęby na plakacie jest dla mnie wielkim wyróżnieniem i taką „wisienką na torcie Korony Półmaratonów Polski”. Michu dzięki za gratulacje i słowa powodzenia w Luboniu. Co do Twojej rodzinnej ziemi, to mój rodzinny pierwiastek także się tam znajduję, gdyż mieszkałem tam z rodzicami przez ładnych parę lat. Może nie od początku, ale kilka lat mojego życia tam spędziłem. Freeloce, nie podejrzewam że wygram kajak  w Luboniu, nawet nie wiem kiedy i jak losowanie się odbędzie, gdyż zaraz po biegu znikam, wpierw do rodziców się doprowadzić do ładu, a potem do domu skrobać relację. Na takich dodatkowych „ wisienkach”, to raczej nie zostaję. Co do dialogu, o którym wspominałeś, to nie brałem w nim udziału.  Ktoś inny jako biegacz amator się podpisał. Cóż jest nas wielu i nie mam monopolu na ten przydomek. Robert, to ja dziękuję za kolejny wspólny wyjazd. Co do ostatnich kilometrów, to masz rację wyjątkowo się dłużą i wywołują w duszy błagania w stylu: „niech już się skończy”. Insetto, gratuluję wyniku.  Co do zamieszania na starcie ważne że dałeś radę i ruszyłeś.  A faktycznie mijał mnie tak na 2 kilometrze jakiś „samolot odrzutowy”, tylko spaliny i rozpaloną nawierzchnię za sobą zostawiający. Tak nawet przez głowę mi przeszło: ‘ ale mu się śpieszy”. Co do Twojego, Roberta, czy Cezarego czasu, dla mnie to zupełny inny biegowy świat, do którego nawet nie planuję się zbliżyć. Ale już teraz trzymam kciuki za Wasze kolejne życiówki. Właśnie Robercie, Twój czas netto na mecie, to zupełny  kosmos. Przyjmij najszczersze gratulacje. Twoja taktyka jest Twoja i tylko Twoja i najważniejsze, że Tobie odpowiada. A jeżeli ktoś chce się burzyć, ze jest niezgodna z jakimiś prawidłami, to niech się burzy. Takie jego burzące prawo. Ale i tak nie ma ono żadnego wpływu na Twoje bieganie. A co Korony, jak nie wybrałeś odpowiednich biegów w tym roku, zapewne wybierzesz w kolejnym. Zresztą przy Twoich biegowych wynikach, taka Korona to dla Ciebie zupełny “pikuś”. Insetto, jak wspominałem Wasze z Robertem wyniki, to dla mnie nieosiągalne mistrzostwo  i dlatego w Waszą profesjonalną dysputę wolę nie dochodzić, by na zupełnego ignoranta nie wyjść. Ale ja wiele razy wspominałem : gratulacje, jesteście władcami biegowych tras. Sławek, dzięki za gratulacje. Mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze do nas zza Oceanu wrócisz. Michu, masz rację teraz już powoli zbliża się koniec biegowego sezonu. Od wiosny ruszy nowa kampania, do której niedługo zaczniemy się przygotowywać.

Dzisiaj przyszedł czas na ocenę wczorajszego tutpania. W komentarzach już coś na ten temat zostało zamieszczone, ale teraz czas zebrać to wszystko do kupy ( bez dwuznaczności) i moją prywatną subiektywną ocenę załączyć. Zacznę może od ogólnej oceny, a potem zacznę ją rozkładać na czynniki pierwsze. Oczywiście nie musi się ona zgadzać z ocenami innych uczestników, gdyż każdy z nas jest inny, każdy ma inne oczekiwania i odczucia. Co zapewne w niektórych komentarzach będzie zamieszczone. Moja ogólna ocena biegu bardzo wysoka. Były co prawda elementy, które mogły lepiej być opracowane, ale odczucia po biegu rewelacyjne. Jednak zanim przejdę do samej oceny muszę w tym miejscu złożyć specjalne podziękowania firmie Reh Med, dzięki której terapii wstrząsowej na moje nogi nałożonej w wyjątkowo dobrej formie do mety dobiegłem. A co najważniejsze dobiegłem. Ale do dobiegnięcia oraz moich wyników przejdę jeszcze pod koniec dzisiejszego skrobania

Sama strona informacyjno -marketingowa przed biegiem, to  szpica przed czołówką śmiało pędząca. Zresztą jak mogę napisać inaczej, jeżeli  moje zdjęcie znalazło się wśród twarzy biegu na plakacie półmaratonu. Tak więc pewien element prywaty tutaj także mam, który w pewien sposób wpływa na moja ocenę.  Ale postaram się, by reszta oceny była dosyć obiektywna.

Wydawanie pakietów. Akurat mi się udało, gdyż nie trafiłem do dużej kolejki i wszystko bez problemu otrzymałem. Co prawda umiejscowienie stolików przy których wydawano na korytarzu nie było zbyt szczęśliwym pomysłem, gdyż powodowało spore kolejki wzajemnie się mieszające, ale ogólnie poszło bez zbytniego chaosu, który przy takim ustawieniu stołów mógł się wydarzyć. Przynajmniej ja takiego nie widziałem, a  byliśmy blisko czasu zamknięcia wydawania. Same pakiety. Jak dla mnie ok, gdyż otrzymałem to co najbardziej mnie rajcuje, czyli koszulkę. Może nie była ona z tak dobrego i oddychającego materiału jak np. w Pile czy Poznaniu, ale była i to najważniejsze. Do tego w pakiecie frotka na rękę ( bardzo fajna sprawa) oraz  trochę ulotek, Pakiet zupełnie przyzwoity, doczepić się raczej nie można, ale z drugiej strony żadnej części ciała nie urywający.

Pewnym mankamentem przed startem była mała ilość  wystawionych toalet. Tutaj robiły się faktycznie kolejki, nerwowo drepczące. Gdyż czas startu się zbliżał, a człowiek z pełnym pęcherzem stoi i jest kicha. Bo tak pobiec się raczej nie da. Na samej trasie toalet za dużo także nie widziałem, ale może niedokładnie patrzyłem. Sam start bardzo fajny, baloniki wyraźnie widoczne i każdy mógł się ustawić tam, gdzie mu serce, wiara i rozum podpowiadały. Czy może raczej nadzieja.

Sama trasa- rewelacja. Tutaj mogę śmiało napisać: tak interesującej trasy jeszcze nigdzie nie spotkałem. Co prawda zbyt dużo tych moich biegów nie było, ale na obecną chwila Kościan w tym elemencie jest poza konkurencją. Już wczoraj o tym sporo w relacji pisałem, dlatego teraz nie chcę się powtarzać. Tutaj było super. Ale żeby nie było zbyt słodko, można się troszkę przyczepić, co do samej oprawy biegu. Dla porównania w Poznaniu co kawałek stały kapele dziarsko nam przygrywające i to stanowiło dodatkową motywację Tutaj było spokojnie. Byli mieszkańcy, którzy dzielnie nas wspomagali ( wielkie podziękowania), ale trochę muzyki na samej trasie zabrakło. Z drugiej strony to już listopad i trudno od kogoś wymagał by stał w chłodzie i przygrywał biegnącym samemu marznąć. No, ale może można tu było coś więcej zrobić.

Na mecie szybki proces przechodzenia do strefy roztrenowania, medale… Właśnie medale. Jak nie raz pisałem dla mnie medal nie jest czymś ważnym, gdyż wszystkie w na lustrze chwały w toalecie wiszą, ale czasem na nie zerkam, by porównać. Cóż kształt z pewnością oryginalny, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Nie będę wstawiał porównania Cezarego, tylko napiszę że ogólnie trochę do nieforemnej piramidy podobny. Może trochę wielkością nie powalający, ale zarzucić nic nie mogę. No i wisi tam gdzie jego miejsce.

Jeżeli idzie o część końcową, to nie mogę się wypowiadać, gdyż do jedzenia się nie dopchałem i dosyć szybko do domów wróciliśmy. Dlatego na temat jakości posiłku nic powiedzieć nie mogę. Jedynie, co to że trochę zbyt duża trudność w dojściu do strefy konsumpcyjnej. W tym elemencie Grodzisk i Szamotuły zdecydowane pany. Tak samo na temat zakończenia wypowiadał się będę. Może ktoś, kto był i jadł coś na ten temat wrzuci.

Co do mojego biegowego czasu. To, co dla mnie najważniejsze dobiegłem, nie ległem i piąty półmaraton w tym roku zaliczyłem. Czas powiedzmy był jaki był. Pod tym względem jeden ze słabszych, czyli 4 na 5 odbytych. 990 miejsce ( ale w tysiącu się zmieściłem) 1 godzina 53 minuty i 43 sekundy netto. Przy czasach Roberta, Insetto czy Cezarego to aż wstyd pisać, ale to mój czas i co dla mnie najważniejsze dobiegłem. A wiem, że nie dałem z siebie wczoraj wszystkiego. Biegnąc starałem się zachować rezerwy na jutro.  Czy mi się udało nie wiem, to się okaże w czasie jutrzejszego biegu. Ale kiedy przybiegłem na metę nie byłem aż tak padnięty, jak np. po Pile czy Szamotułach. Czułem, że jeszcze ogień napędzający się tli i nie wygasł. No i co najważniejsze formularz na Koronę mogłem wypełnić. Dzięki temu mogłem dokładnie przeanalizować moje czasy: do  Piły straciłem 3 minuty i 42 sekund, do Szamotuł  1 minutę i 1 sekundę, a do Poznania 56 sekund. Nad Grodziskiem miałem grubo ponad 3 minuty przewagi. Ale Grodzisk był bardzo specyficzny, tam to dopiero była walka z samym sobą. Ale czy te czasy mają znaczenie? Nie, najważniejsze że dałem radę, dobiegłem i nie ległem. Ba nawet w czasie żadnego  z moich półmaratonów nie miałem fragmentu, kiedy stawałem czy szedłem Zawsze byłem w biegu. Nawet w strefach konsumpcyjnych, bez zatrzymywania się szybki łyk wody czy izotonika i biegłem dalej. I powiem więcej, mimo, że te moje czasy są jakie są, to jestem cholernie z nich dumny. Bo są moje, bo ja dałem radę. Ja, który 13 lat temu ważyłem ponad 130 kg, który nigdy w życiu nie myślałem że będę biegał, a zacząłem dokładnie 2 lata i 3 miesiące wstecz. A w tym roku zdobyłem Koronę Półmaratonów Polski. I cała reszta nie ma tu znaczenia.

No i jeszcze na koniec dla wszystkich co wczoraj biegli w Kościanie i dali rade dobiec do mety: byliście wielcy, jesteście wielcy i takimi zostaniecie. Każdy z Nas  ma prawo stanąć przed lustrem i wykrzyczeć aż się ściany popękają: DALIŚMY RADĘ. I tak naprawdę to nic więcej nie ma znaczenia. Dla wszystkich , z którymi spotkam się jutro z Luboniu do zobaczenia, a dla tych, którzy już zasłużonego odpoczynku po tegorocznym wysiłku zaczęli zażywać: do zobaczenia za rok na kolejnych biegowych trasach.  Ci z kolei, którym tym razem się nie udało ( podobno koło 200 osób): nie martwcie się, nie zawsze wychodzi, ale najważniejsze się nie poddawać. Przygotujcie się odpowiednio i za rok znowu spróbujcie. Bo możecie i potraficie. Trzymam za Was kciuki.

Jutrzejszy wpis będzie w godzinach popołudniowych, kiedy wrócę z Lubonia, gdyż zapewne rano u rodziców nie będę w ich kompa wchodził.


6 thoughts on “Podsumowanie Półmaratonu w Kościanie”

  • 1
    ~Robert on Listopad 11, 2014 Odpowiedz

    Faktycznie ciekawe czy to był smog czy mgła. Chyba mgła bo nie śmierdziało.

  • 2
    ~michu77 on Listopad 10, 2014 Odpowiedz

    W tym roku nie byłem, ale w poprzednich latach chyba 2 krotnie startowałem w Kościanie – zwykle już z formą tak długo na jesień nie wytrzymuje, i zabieram się za jakieś roztrenowanie. I pamiętam jedynie dużą liczbę zakrętów, smog… i to chyba wszystko… , nic co
    by zachęcało do kolejnej wizyty… a tu czytam raczej dobre recenzje

  • 3
    ~insetto on Listopad 10, 2014 Odpowiedz

    “A faktycznie mijał mnie tak na 2 kilometrze jakiś „samolot odrzutowy”, tylko spaliny i rozpaloną nawierzchnię za sobą zostawiający. Tak nawet przez głowę mi przeszło: ‘ ale mu się śpieszy”.” – ja chyba aż tak nie goniłem ;)… Ale jeśli ów mijający miał jasnoniebieską koszulkę i biegł krzywo wymachując nogami, to mogłem to być ja.
    Co do wyników – powoli do przodu. Mój półmaratoński debiut to 2:06.02, po przegranej z trasą/sobą; pierwszy półmaraton na czysto (drugi w ogóle) przebiegłem w 1:46.40, i to dopiero po pięciu latach mniej lub bardziej świadomego biegania, nie po dwóch. Więc spokojnie, wszystko przed Tobą, kiedyś jeszcze nas wszystkich wyprzedzisz. 😉
    A co do Kościana – najważniejsze (ale nie jedyne) plusy to szybka trasa i świetny termin; organizacja, informacja itp. też w porządku. Generalnie spokojne 9/10 można dać (ten brak toalet…).

  • 4
    ~SportOS on Listopad 10, 2014 Odpowiedz

    Trasa dopisała, organizacja i ludzie, czego chcieć więcej 😉 Jeżeli nie przejmujesz się chwilowym spadkiem formy, to będzie motywacja do dalszej pracy.

  • 5
    ~Robert on Listopad 10, 2014 Odpowiedz

    Pobiegnę w tym jak co roku:

    http://wtkkf.pl/xxxi-miedzynarodowy-bieg-sylwestrowy/

  • 6
    ~Robert on Listopad 10, 2014 Odpowiedz

    Ja na mecie zaraz udałem się do jedzenia, i kolejka była jeszcze całkiem znośna. Zupa – gulasz bardzo smaczny, nalewany z naprawdę wieeeelkiego gara! Dobre były też batony i banany, więc na jedzenie naprawdę nie można narzekać. Pewnie potem jak zeszły się tłumy biegaczy, to zrobiły się kolejki.

    Wydaje mi się, że pewnym minusem była mała ilość punktów odżywczych, były rostawione bardzo rzadko. Jeden biegacz chyba usechł gdzieś na 8 km bo mnie pytał kiedy będzie woda. A w sumie nie powinno to stanowić trudności, skoro trasa była tak kręta i dwa okrążenia, że wystarczyło ustawić punkty odżywcze w 3-4 miejscach, ale dobrze wybrać te miejsca, tak żeby biegacze mijali je po kilka razy. Ja pamiętam że łyknąłem tylko dwa razy na całej trasie. Na innych biegach punkty są zwykle co 5 kilometrów i pewnie dla mniej wytrawnych biegaczy jest ważne, żeby mogli przystanąć i się napić czy posilić trochę częściej niż co 10 km.

    Dla mnie w sumie to dobrze że nie było tych punktów aż tyle, bo nie kusiło żeby się na każdym zatrzymywać 😉

    Trasa faktycznie według mnie świetna, płaska, osłonięta od wiatru (gęsta zabudowa). Tylko trochę za dużo zakrętasów.

    Bieg bardzo mi się podobał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.