Biegi Niepodległości – relacja z Wolsztyna, podsumowanie z Lubonia

Na samym początku chcę przeprosić parkrunerów, za poślizg związany z wrzuceniem analizy statystycznej naszego sobotniego śmigania. Ona jest już opracowana i jutro zostanie zamieszczona. Dzisiaj trochę zmienię mój stały układ piszący, co oznacza, że zanim przejdę do wczorajszych komentarzy, oraz głównego punktu mojego pisania, czyli podsumowania Biegu Niepodległości w Luboniu , wrzucam relację Małgosi, która wraz z mężem brała udział, w takiej samej rangi biegu, czyli także Niepodległości, ale w Wolsztynie:
„Jest godzina  5.30 i nasz kochany synek już po raz kolejny przed zawodami jakby doskonale wiedział, ze powinniśmy wypocząć budzi się z szeroko otwartymi oczami. Na szczęście parę minut po 6.00 zasnął pakując nam się do łóżka. Spaliśmy do 9.00, obudził nas budzik. Szybka akcja, toaleta, .śniadanie i o 9.30 wyruszyliśmy na podbój Wolsztyna. Odbiór pakietów startowych bezproblemowo. Poproszeni zostaliśmy o bieg w koszulkach z pakietu. Piękna biała techniczna, z flaga PL. Oczywiście otwieram i problem jak zawsze (bo kruszynka nie jestem)…. jeśli jest podział damsko/męski rozmiar to damska potrzebuje XL, a jeśli jest Unisex lub męska to zaznaczam M. Na szczęście po zakończeniu biura zawodów udało mi się wymienić:) pakiet: smycz, koszulka techniczna, chusta i ulotki. idziemy na rozgrzewkę, potem ustawiamy się na starcie. Mam jakieś mieszane uczucie, nie łubie biegać po lesie a trasa przebiegała lasami dookoła jeziora Wolsztyńskiego (biegłam ze względu na męża, a na Luboń już sie nie załapaliśmy). Chce tylko do mety, plan był taki, ze po Rakoniewicach już do końca roku żadnych dyszek, wyszło inaczej. Przed startem odśpiewaliśmy Hymn państwowy. Dokładnie o 11.11 ruszyliśmy… Juz na początku żałowałam, ze biegnę, wszędzie liście, byle nie odwalić  orzełka. Po pierwszym kilometrze widziałam tylko jednego pana z tylu. Wiec znowu jestem ostatnia… na 2 km pan mnie dogonił… zaprosił na dyskotekę na zakończenie biegu i przeprosił ale mnie wyprzedza. Miałam czapkę z daszkiem, wpatrzona byłam w liście i tylko panu przytaknęłam. Powiedziałam miłemu panu ze jakoś przyłożyłam treningi w tygodniu i mnie łydki bola. Pan, ze on jest po półmaratonie w Kościanie, przewrócił sie o studzienkę kanalizacyjna i tez jest obolały. Podniosłam głowę wyżej żeby przypatrzeć  się twarzy i szok. Sprawdziłam na liście wyników bo pan dobiegł chwile przede mną i pan z 1933r. Pełen szacunek. Biegłam za nim dalej. Cały czas uważając na liście, miałam serdecznie dość… Kilka razy nawet głośno przeklinając… bo zamiast skupić się na biegu to patrzyłam żeby się nie wygrzmocić. Od 4 km jechała ze mną pani, która chciała przejechać ta trasę rowerkiem. Trochę podniosła mnie na duchu rozmowa z nią. Jest 6km, jest woda. Biegnę dalej i nagle bliskie spotkanie z ziemia. Dzieliło mnie ok 30cm żeby polecieć na szczupaka, na szczęście ok, udało się wyjść z opresji. Gdzie nigdzie było widać nazwanych przeze mnie “DUSICIELI” którzy musieli udać sie za potrzeba do lasku, ale zaraz jak kończyli potrzebę to wyprzedzali mnie z prędkością światła… na 8 km stała rodzinka która przybijała piątki-milo, tym bardziej, ze już sil brakowało. Na 9 km dogoniłam babkę, którą obserwowałam od samego początku -pan z ’33 rocznika tez ja wyprzedził. . Biegła interwalami… mówiła ze brakuje jej sil, przez 9 km próbowała nie doprowadzić żebym ją wyprzedziła. Lecz na 10 km jakbym dostała skrzydeł. Poleciałam jak proca… zostawiając ja z tylu. Ostatnie zakręty, podbieg, i widać metę. Koniec, medal i szeroki uśmiech. Mój mężuś 20 min przede mną dotarł do mety. Piękny medal. Okrągły z flaga w środku. A po biegu wyżerka hm,,,, spaghetti, żurek, piwo, woda, placki ziemniaczane, naleśniki, kawa, herbata, ciasto. Pycha.
Ale wiem, ze biegi przełajowe nie dla mnie, wole biegi uliczne. Na szczęście nie byłam ostatnia, jeszcze 4 osoby za mną:) zawodników zapisanych 400, na mecie stawiło sie 379. 11km, godz. 11:11 II WOLSZTYNSKI BIEG NIEPODLEGŁOŚCI”

Napiszę tak, nie ważne która byłaś, ale najważniejsze, że pobiegłaś w hołdzie bohaterom i dobiegłaś do mety. A cała reszta nie ma znaczenia. Najszczersze gratulacje dla Ciebie i Twojego męża. To się nazywa szczęśliwa, biegająca rodzina

Teraz już przechodzę do odpowiedz na wczorajsze komentarze: Robercie, dzięki za gratulacje. Faktycznie ostatnie metry to już bardziej biegłem siłą woli, niż ciała, ale dobiegłem i to się liczy. Co do biegu Świętego Marcina, cóż mam trochę bardziej krytyczne spojrzenie. 11 listopada, to Święto Niepodległości i przy całym szacunku, dla Św. Marcina to mimo wszystko bliżej mi temu pierwszemu wydarzeniu. Oczywiście zgadzam się, że u nas musieliśmy poczekać na wystąpienie naszych Powstańców, gdyż powiedzmy nie  należeliśmy jako region do ulubieńców Marszałka i mogę śmiało napisać, że ta nie pozbawiona pewnego szacunku niechęć była dwustronna. No  ale jest to święto ogólnopolskie.  Wiem, że my Wielkopolanie mamy zawsze trochę inne spojrzenie niż inne regiony, ale powiedzmy,że  to święto mimo wszystko nas bardziej chyba dotyczy. Jak inne mamy spojrzenie widać po tym, jak obchodziliśmy Święto Niepodległości w Wielkopolsce ( łączenie parady Św Marcina z obchodami święta), a jak np w Warszawie, gdzie dopiero to sobie święto urządzili. Prawie jak w tamtych czasach, tylko kule, granaty i bagnety zostały zastąpione przez  kamienie, ławki i kosze na śmieci. No, ale każdy obchodzi zgodnie ze swoim wychowaniem i wyniesioną z domu kulturą i tradycją.  A Św. Marcin, powiedzmy może stanowić jakieś uzupełnienie Biegu Niepodległości. Może w późniejszej godzinie, tak żebyśmy aż tak z kontrą nie wychodzili. Robercie później poznany ( żeby nie było że II-gi) wielkie dzięki za gratulacje i uznanie mojego skrobania oraz gustu muzycznego. Muszę przyznać, ze Nirvana bardzo na mnie motywacyjnie działa. Damianie, dzięki za link. Może ktoś zechce się skorzystać z oferty Twojego sklepu. Freelove, dzięki za zdjęcia zarówno moje, jak i innych znajomych. Wszyscy jesteśmy wdzięczni, za Twoją spostrzegawczość i umiejętność wypatrzenia tego, co innym z wielkim trudem przychodzi. Krzysiek także dzięki za gratulacje. Jak mam być szczery, to do każdego startu podchodzę z pokorą i szacunkiem. Cezary, pełen szacunek i uznanie za bieg z flagą. Co do zdjęcia, to wszyscy staramy się jak kto może wspierać niepełnosprawnych zarówno fizycznie, jak  umysłowo. Im nasza pomoc jest szczególnie potrzebna. Gosia, jeszcze raz najszczersze gratulacje, za Wasze z mężem osiągnięcie. Emilia cieszę się, że moje słowa wsparcia w Luboniu i wsparcie w czasie maratonu w Poznaniu pomogło. Napisze krótko, cała przyjemność po mojej stronie. Każde Twoje miłe słowo radością napełnia dusze moją. No i oczywiście do zobaczenia na kolejnym parkrun. Michu, masz rację podpisuję się raz jeszcze pod podziękowaniami za zdjęcia dla Freelove. Robercie i Cezary w tym miejscu wielkie dzięki za nasze wspólne tegoroczne wyprawy, których na obecną chwilę koniec nadszedł. Ale może gdzie jeszcze w przyszłym roku się wybierzemy. Może na maraton do Berlina? To byłby czad, chociaż nie, wpierw wypada przebiec w Poznaniu.  A potem jak przeżyję, będę myślał co dalej.

No i teraz chciałbym przez chwilę zająć się dokładną oceną wczorajszego Biegu. Jest jedna rzecz, która o wyróżnia od wszystkich innych biegów i powoduje, że trudno porównywać go z innymi. Wiadomo, o czym skrobię, więc nie będę się już powtarzał Natomiast chciałbym na chwile zająć się stroną organizacyjno-techniczną. Czyli strefa startu. Tutaj pełen profesjonalizm. Wszystko zapięte na ostatni guzik, świetny prowadzący, odśpiewanie pełnej wersji hymnu: bezcenne. Pierwsze trzy kilometry biegu: rewelacja. Niesamowita atmosfera, kibice, muzyka, to wszystko nawet słów brak by w pełni oddać odczucia.. Potem już do 7-8 kilometra było trochę zwyczajnie, ale mimo wszystko wszyscy czuliśmy dziwne wewnętrzne podniecenie i patriotyczny ogień nas napędzający. No i ostanie 2-3 kilometry, to taka sama trasa jak na początku, czyli znowu dreszcze czułem. Potem meta, medal… No właśnie medal. W zeszłym roku super, rewelacja, taki na którego do dzisiaj z dumą spoglądam. W tym roku niby nic zarzucić nie można, ale… No właśnie od młodości pasjonowałem się historią więc mimo, że obecnie to nie moja działka, to jednak na pewne drobiazgi zwracam uwagę. Tak więc co najważniejsze. Postać woja na medalu z racji znajdujących się za plecami skrzydeł najbardziej odpowiada przedstawicielowi najsłynniejszej i jednej z najlepszych europejskich  formacji bojowych  od XVI do połowy XVIII wieku, czyli husarii. Z drugiej strony hełm, który znajduje się  na głowie najbardziej kształtem i wyglądem przypomina hełm rycerza krzyżackiego, czyli zupełnie z innej bajki. Ale jeżeli autor medalu chciał nawiązać do najbardziej świetnego okresu przewag naszej armii, czyli późnego średniowiecza do czasów Sobieskiego włącznie, to jak to się ma do odzyskania Niepodległości? Przecież w tamtych czasach byliśmy potęgą, do czasów której świetności nigdy później się nam nie udało wrócić. Jeżeli chciano pokazać, że husaria “lała” Krzyżaków, to już zupełnie nie ten scenariusz. Bo nie trzeba być znawcą, by wiedzieć, że w czasach krzyżackich husarii jeszcze nie mieliśmy. Co prawda geneza sięga  końców XIV wieku, ale nie chcę tutaj wnikać w zawiłe analizy strategiczno – historyczne. Jednak delikatnie analizując obecny temat, to najbardziej logiczną postacią na medalu powinien być  legionista Piłsudskiego. Z drugiej strony pisałem już o naszej „wzajemnej sympatii”, więc można było wstawić przedstawiciela Błękitnej Armii Hellera, lub  chociaż Paderewskiego, którego przyjazd wywołał Powstanie Wielkopolskie. No, ale nie mszczę się już na medalu, gdyż sam Bieg był wielkim przeżyciem i z radością pobiegnę w nim jeszcze raz. A potem następny. A może w przyszłym roku dla zróżnicowania wybierzemy się na inną Niepodleglościówkę?  Bo tak naprawdę, to nie me znaczenia gdzie ( byle w Wielkopolsce), ale pobiec należy, wypada i chcę. Bo tak czuję.


7 thoughts on “Biegi Niepodległości – relacja z Wolsztyna, podsumowanie z Lubonia”

  • 1
    ~anka on Listopad 13, 2014 Odpowiedz

    Dzięki za rys historyczny przy okazji tematów biegowych,a w temacie biegów niepodległości to był też skromny bieg w Koziegłowach we wszystkich grupach wiekowych-od trzylatkow zaczynając na open kończąc-bez wpisowego,w koszulkach jednakowych, wśród znajomych osób i ścieżek.taki trochę dłuższy parkrun

  • 2
    ~insetto on Listopad 13, 2014 Odpowiedz

    No to można pogratulować udanego weekendu! Wszystko się udało planowo, tak jak pisałeś, więc można teraz spokojnie dochodzić do siebie i nie wracać przedwcześnie do treningów.
    A co do Gosi oceny biegu w Wolsztynie – podpisuję się, wszystko było OK, bardzo sympatyczna atmosfera, dobra organizacja. A że sam lubię przełaje, to i trasa mi podpasowała. Było pięknie. 🙂
    Pozdrawiam już w duchu roztrenowania! 😉

  • 3
    ~Gosia on Listopad 13, 2014 Odpowiedz

    Na zaproszeniu tylko sie zakonczylo. Pana po biegu widzialam juz tylko przy depozycie. Nawet mnie bie poznal:)

  • 4
    ~Petitek on Listopad 13, 2014 Odpowiedz

    Ja bieg oceniam bardzo pozytywnie, ale niestety były rzeczy które spowodowały że Luboń do Rakoniewic ma jeszcze daleko.

    1. Kiełbaska po biegu. I tam i tutaj ten sam poczęstunek, ale jakość kiełbasy z Lubonia pozostawia wiele do życzenia. Po prostu po nakłuciu zeszło z niej powietrze, wypłynęło masę wody i pozostał flak z czymś w środku co powinno być mięsem.
    2. Osoba prowadzącego. Niestety nie zgodzę się z Tobą, ale prowadzący smęcił na każdym kroku. Nie było Ciebie pewnie wcześniej w hali, ale tam po prostu był tragiczny. Poza tym nikt go nie słuchał bo nie potrafił sobą zainteresować. A przeszedł samego siebie jak tuż przed startem powiedział że “za chwilkę 1500 gardeł ryknie hymn Polski”. Jak można ryknąć hymn? Nie da się ukryć że jedyny i najlepszy konferansjer biegowy to Roman Toboła- słyszałeś go np. w Nowym Tomyślu, Swarzędzu, Rakoniewicach, na półmaratonie w Pile i w Poznaniu.
    3. No i wpadka z samochodem który zblokował start. Na szczęście w tym biegu nie zależało mi na czasie, więc nie przeszkodziło mi to że się na niego nadziałem.

    Ale są zalety których nie spotkałem na innych biegach:
    1. Świetnie zorganizowany czas dla kibiców pozostających w hali na czas biegu
    2. W oddzielnej sali projekcja filmów o tematyce wojennej
    3. To że pakiety można było odbierać cały tydzień- także w Poznaniu
    4. Wiele atrakcji dla najmłodszych
    5. Konkurs “mistrz kibicowania” uwalniał fantazję kibiców.

  • 6
    ~skoki on Listopad 12, 2014 Odpowiedz

    Dzięki za relację, czekam na kolejne wpisy.

  • 7
    ~Gosia on Listopad 12, 2014 Odpowiedz

    Dziekuje za wstawienie relacji. Mimo poczatkowego zniechecenia do biegu, jestem teraz szczesliwa, ze pokonalam ta trase. Pokonalam 11km na lisciach:) mimo skupienia na stawianiu nog, to bieg i zawody uwazam za fajne nowe doswiadczenie. Mimo, ze wole biegi uliczne po asfalcie:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.