Smutny Gwiazdor biegał po Cytadeli

Zgodnie z zapowiedzią dzisiejszy drugi wpis już związany z finałem naszej akcji. Co prawda ciągle jeszcze trochę ciężko się pisze, gdyż mam w myślach ostatnią wiadomość, ale ma nadzieję, że jednak nie będzie prawdą.  Jeżeli tak, smutny dzień, smutna wiadomość, ale ciągle nadzieja się tli… Pisząc obecny tekst, co chwila wchodzę na bloga to na Facebook, mając nadzieję, że znajdę komentarz jego dłonią napisany na zasadzie: „jaja sobie robisz? Już mnie chcecie pochować? Niedoczekanie wasze. Ja was jeszcze pogonię..” Ale nadzieja z każdą chwilą ulatuje. Popieram propozycję Freelove, aby ostatnią prostą na parkrun nazwać imieniem Januarego Stawiarza. I mam nadzieję, że przyniesiemy za tydzień po zniczu, świeczce czy chociaż kwiatku. Jutrzejszy tekst chcę w całości poświęcić Januaremu. Kilka osób wrzuciło, jako komentarze swoje wspomnienia z nim związane. Chciałbym je zebrać w jeden test i zmieścić. Dlatego, jeżeli ktoś jeszcze chciałby się podzielić swoim wspomnieniem to serdecznie zapraszam.

Nawiązując do wczorajszych komentarzy: Agnieszka Pogodynka, trzymam Ciebie za słowo z pogodą i brakiem deszczu. Aniołek Mikołaja, już w jednym wcześniejszych z wpisów, zgodziłem się z przedmówczynią, którą popierasz na temat opłatka. Może faktycznie zbyt wyrywny z tym byłem. Robercie rozumiem, że Quenn wrzuciłeś, jako swoją propozycję biegowej motywacji. Super kawałek. Rano, kiedy wychodziłem z domu było chmurno, lekko porywiście. Kiedy jechałem na Cytadelę, to mżawka pokrywała szyby samochodu delikatnymi kroplami.  Musiałem coś jeszcze po drodze załatwić i kiedy dojechałem na miejsce parkingowe już nie mżyło, a tafla chmur na nieboskłonie ulatniała się w dal, otaczając nas bezmiarem kosmicznego błękitu. Chwilę posiedziałem w samochodzie, a następnie zostawiając tłum paczek poszedłem szukać biegaczy, którzy pomogą mi je wnieść na górę.  Oczywiście dosyć szybko zebrała się ekipa i poszliśmy razem po paczki. Kiedy zobaczyli ilość wszystkiego to miny im trochę się wydłużyły. Na szczęście Marek siedział niedaleko podjazdu do naszej startowej strefy w samochodzie, więc zapakowaliśmy wszystko do niego i pojechaliśmy na górę. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się,  że ławki były już wypełnione przyniesionymi przez innych prezentami. Przynajmniej drugie tyle, ile miał u siebie Marek. Czekaliśmy jeszcze tylko na naszą rodzinę. Po chwili przybył zgodnie z zapowiedzią pan nadchodzi z jedną dziewczynką oraz dwójką chłopców. Po przywitaniu poszliśmy do strefy startu. Damian, który był dzisiaj wodzem prowadzącym kilka słów wprowadzenia, następnie nasz gość słowa podziękowania, a jeden z chłopców nas wystartował. No i wyruszyliśmy, każdy po swojemu zgodnie ze swoimi własnymi uwarunkowaniami. Biegłem spokojnie bez zbytnich potrzeb gonienia czasu. Z jednej strony chłód, który powinien gonić, ale z drugiej strony wiatr, który raczej opóźniał. Widziałem grupy biegaczy radośnie mnie mijające. Między innymi jedna znajoma, którą psica Fraszka radośnie ciągnęła, a z boku jeden z biegaczy wspomagał. I tak cała trójka biegnąć i w jednej trzeciej radośnie machając ogonem zniknęła mi z oczu. Biegłem sobie spokojnie kolejne pokonane metry odliczając.  Przed sobą widziałem grupę, która powoli, ale systematycznie oddalała się ode mnie. Nie czułem jakoś potrzeby nadgonienia. Może z okazji zbliżających się dni w biegowe czysto świąteczne tempo wpadłem? Zobaczymy jak będzie w przyszłości.  Mijam oznaczenie pierwszego kilometra. Ale nie sprawdzam międzyczasów. Nie liczy się czas, liczy się czysta rozkosz biegowa. Z każdym metrem coraz inni biegający radośnie mnie mijali. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie będę dzisiaj na samym końcu. Na szczęście, kiedy mijałem oznaczenie 2 kilometra i zerknąłem na górkę, którą już pokonałem, na której widziałem kolejne biegające grupy trochę odetchnąłem z ulgą. Znaczyło to, że na razie ostatni nie byłem. Ale zapewne mogło się to jeszcze zmienić. Rosarium, czołgi udało się przebiec bez zbytnich problemów. Nawet, o ile pamięć mnie nie myli nikt mnie wyprzedził. To chyba mi udało się jedną czy dwie osoby minąć. Widocznie biegli zanurzeni w rozwiązywaniu jakiś problemów. A może o smutnej wiadomości dnia myśleli. Gdyż ona jakoś zaciążyła nad dzisiejszym biegiem. Ale biegłem dla siebie, ale także dla Januarego, który by mi nie wybaczył, gdyby z Jego powodu bieg odpuścił. W niektórych momentach próbowałem nawet przyspieszyć, ale wychodziło mi to bardzo średnio. Dlatego po paru niezbyt godnych próbach odpuściłem sobie przyspieszenia, tylko biegłem swoje. Tak zerknąłem w prawo innym razem w lewo, ale nie czułem zbytniej potrzeby pogoni za uciekającym czasem. Jeszcze tylko szutrowana droga i już jestem na ostatnim kilometrze. Ktoś tam biegnie przede mną, za sobą słyszę zbliżające się kroki. Tak sobie myślę, przyspieszyć na ostatnich metrach? Ale jakoś nie czułem potrzeby. Jeszcze ostatnia prosta i już odbieram token od opiekuna rodzinnego domu dziecka, na którego to zadanie przypadło. Obok stała trójka dzisiaj przybyłych dzieci, które nas dopingowały.

Jeszcze tylko wspólna fotka  z naszą rodziną oraz prezentami i możemy udać się odwieźć prezenty. Marek i Damian do dwóch samochodów zabrali prezenty oraz opiekuna domu, ja do siebie wziąłem dzieci. No i pojechaliśmy. Po paru minutach byliśmy na miejscu. Tutaj nastąpiło parę minut rozładunku. W czasie tej  jakże miłej pracy wspomagała nas cała gromadka dzieci, a na miejscu radośnie witały dwa goldeny: mama golden oraz śnieżnobiały szczeniaczek. Chwilę później dojechał Robert, którego idealnie doprowadziła nawigacja. ( wybacz Robercie, że w pierwszej wersji wpisu nie zamieściłem tej informacji) I także dowiózł całą furę prezentów Kiedy wszystko rozładowaliśmy zostaliśmy zaproszeni na herbatę. Miła rozmowa, zdjęcie całej nieprzebranej góry prezentów, które ¾ kuchni zajęły. Muszę przyznać, że patrząc na te prezenty czułem ogromną radość i wdzięczność dla wszystkich naszych biegaczy. Może nie było dzisiaj nas dużo. Ale nie jest potrzebna ilość, kiedy mamy taką jakość. Dlatego skrobnę do wszystkich, którzy zechcieli przekazać prezenty dla dzieci. Jesteście wspaniali, niesamowici. Uśmiechnięte twarzyczki dzieci pokazały jak wspaniały dar serca przekazaliście. W imieniu dzieci dziękuję Wam wszystkim. Zrobiliście wielką rzecz. Pokazaliście gorące biegające serca. Dzięki Wam deszcz w słońce się zamienił.

A jutrzejszy wpis, jak już wcześniej napisałem w całości poświęcony Januaremu. Ale nie tylko moje zdanie czy opinia. Dlatego proszę o wspomnienia.


3 thoughts on “Smutny Gwiazdor biegał po Cytadeli”

  • 1
    ~freelove on Grudzień 20, 2014 Odpowiedz

    Miłości nic nie ogranicza, nie zna żadnych granic i nic nie może jej powstrzymać, nawet śmierć. Jedna z paczek była od Januarego.

  • 2
    ~Robert on Grudzień 20, 2014 Odpowiedz

    Zapomniałeś dopisać, że ja dowiozłem jeszcze kartony z prezentami!

    • 3
      inny71 on Grudzień 20, 2014 Odpowiedz

      Wybacz, biję się w piersi za to przeoczenie, już poprawione.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.