Smutny, przepełniony zadumą parkrun

Tak, na szybko na jak to zwykle zaczynam, kiedy jest ku temu okazja. Michu dzięki za Twój ranking biegów. Zamieszczę do w poniedziałek, kiedy będę przeprowadzał dokładną punktową analizę pokonanych w tym roku dystansów.

Dzisiaj rano, kiedy ruszałem spod domu, to podziwiałem delikatną szatę zimową nad drogach i polach rozłożoną. Śnieżny puch, połączony z lekko szczypiącym w nosy, uszy i policzki mrozem stanowił pierwszy tegoroczny oficjalny zimowy pocałunek. Na miejsce dojechałem w okolicach godziny 8.20. Miejsca parkingowe na razie świeciły pustkami. Spokojnie czekałem w samochodzie, by na miejsce zbiórki się udać. Po paru minutach pierwsze osoby zaczęły przybywać. Zabrałem z bagażnika znicz oraz zapałki i także poszedłem na miejsce zbiórki. Kiedy doszedłem na wiadome miejsce, pierwsze osoby już powoli zaczynały się rozgrzewać. Ustaliłem z wodzem prowadzącym, że znicz postawię na ławce. Zastanawiałem się, czy będę jedyny, który się w ten sposób wyrwie. Szczególnie, że oficjalny pogrzeb Januarego ma się odbyć dzisiaj o godzinie 13.00 ( o 11.30 odbyła się msza) na cmentarzu na Naramowicach. Dzieki Freelove za weryfikację. Ja niestety na samym pogrzebie być nie mogę, więc chociaż w ten sposób Jego pamięć uczczę. Po chwili ktoś przyniósł kolejny znicz, a jedna z naszych biegających pań zdjęcie Januarego. Zanim ruszyliśmy na start jeszcze kilka zniczy znalazło się na ławce.

Przed startem zamiast mowy motywacyjnej, tym razem wszyscy odsłoniliśmy głowy na minutę ciszy… Jeszcze zanim bieg się zaczął, padła z ust wodza propozycja, abyśmy finiszowali tak samo jak January. Czyli wielkimi, pełnymi szalonej radości susami. I po chwili znak został dany i jak zwykle ruszyliśmy przed siebie. Może nie było nieopisanej swobody biegowej, raczej pełne zadumy dreptanie, ale biegliśmy. Nie wiem czy inni także, ale ja odnosiłem wrażenie, że nie biegniemy sami. Biegnąc czułem, ze January ciągle z nami biegnie. Zresztą podejrzewam, że będzie biegał z nami na wszystkich swoich ulubionych trasach. Czyli z pewnością pobiegnie i na Maniackiej i na Półmaratonie i Maratonie w Poznaniu i wielu innych biegach. On zawsze będzie z nami biegał.  Nie goniłem dzisiaj czasu, wręcz przeciwnie. Podobnie jak w zeszłym tygodniu biegłem spokojnie i raczej „na luzie”. Co chwilę mijały mnie kolejne znajome osoby.  W pewnym momencie minął mnie znajomy pysk Fraszki ciągnącej na smyczy swoją panią, oraz bliskiego jej współbiegacza. Cała trójka minęła mnie biegnąc w stronę mety. Może ktoś powiedzieć, że to poruta, że wyprzedza mnie radośnie machająca ogonem psica, ale co mi tam. Biegnąc podziwiam biel na Cytadeli władającą. Ile to kolorów w ciągu roku na tej trasie można dojrzeć. Czyli wiosną soczystą zieleń duszę rozjaśniająca, latem słoneczną żółcią podpalona, by w całą paletę barw przejść jesienią, a na końcu do dumnej bieli zimową porą.

Jak zwykle mijam kolejne oznaczenia kilometrów.  Ponownie nie kontroluję czasów. Dzisiaj nie miało to żadnego znaczenia. To był bieg inny niż wszystkie. I po raz kolejny wbiegam do Rosarium widząc oznaczenie połowy pokonanej trasy. Wbiegając mijam osoby wybiegające, a z kolei, kiedy ja wybiegam pozdrawiałem osoby, które akurat wbiegały. Widziałem min. charakterystyczna sylwetkę Marka dumnie pokonującego kolejne metry. No, ale już muszę się szykować do miejsca prawdy każdego poznańskiego parkrunera, czyli czołgów. Jak zwykle szybki, ostry zbieg, kawałek prostej i równie ostry podbieg. Na razie na szczęście bez lodu, który leżąc na kostce brukowej w niemałe pląsy czasem nas wprowadza. Za czołgami, to już wiadomo, że biegnie się niemal z „górki”. Ale ciągle nie przyspieszam tylko biegnę swoje. Na ostatnim kilometrze biegnę razem z jednym z biegaczy. W sumie się nie ścigamy, co najwyżej wzajemnie delikatnie podkręcamy nasze tempo. Jeszcze szutrowana alejka, jeden zakręt, potem drugi, kawałek prostej, kolejny ostry niemal 90 stopniowy zakręt i już widzę ostatnią prostą. Ostatnie 50 metrów przed metą, razem z biegnącym obok panem, staramy się pokonać stylem „wydłużonego kroku Januarego”. Nasze ręce przecinają powietrze niemal jak pływak pokonujący basen kraulem. Próbujemy je zgrać ze stopami stawiającymi wielkie susy.  Oczywiście jest to tylko imitacja, nędzna podróbka, gdyż Mistrz był tylko jeden. I nikt nawet nie będzie potrafił zbliżyć się do Oryginału, będącego jednocześnie Ideałem tego wyjątkowego, niespotykanego nigdzie indziej stylu finiszowania.

Na mecie odbieram token, miejsce o ile dobrze pamiętam 53, czas na stoperze cóż… powiedzmy, że bardzo przeciętny. Najpierw idę się zeskanować, potem podchodzę do fotografii.  Muszę jeszcze pożegnalną „piątkę” z Januarym przybić. Potem jeszcze wszyscy ustawiamy się dookoła zdjęcia Januarego na ostatnią „rodzinną fotkę” i każdy w zadumaniu udał się do domu.

Smutny bieg, smutny dzień. Ale mimo smutku i zadumy, która w każdym z nas, którzy znali Januarego gra, pragnę zwrócić uwagę, na to że dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Nie wspomnieliśmy tego na biegu, gdyż chyba nie do końca wypadało, ale obchodzimy dzisiaj 96 rocznicę jedynego, udanego polskiego zrywu niepodległościowego, czyli jakże nam bliskiego Powstania Wielkopolskiego. Z pewnością wielu naszych dziadów czy pradziadów stanęło prawie 100 lat temu, by Poznań i Wielkopolska mogły wrócić do Macierzy. Tylko tutaj nasuwa mi się pytanie i wątpliwość. Czy to Wielkopolska wracała do Macierzy, czy raczej Macierz upominała się o należne jej miejsce w odradzajacym się kraju. W końcu stąd się wywodzą korzenie polskości i tutaj wszystko się zaczęło. Co do samego Powstania. Nie jest ono zbyt hołubione i rozpowszechnione przez tzw środki masowego przekazu. W literaturze, telewizji ot się czasem cos napomknie. Dzisiaj z pewnością także. W sumie trudno się dziwić, gdyż powstanie to nie wpisuje się” klasyczny kanon naszych zrywów narodowościowych”, które kończyły się rzeziami, hekatombami, czy w najlepszym wypadku masowymi zsyłkami ( powstanie Listopadowe, Styczniowe czy Warszawskie). Charakteryzowały sie tym, że były romantyczne, a jednocześnie tak bardzo tragiczne. Jedynie jeszcze 3 powstanie śląskie zakończyło się częściowym sukcesem, ale tylko takim bardzo fragmentarycznym. Powstanie Wielkopolskie było idealnie przeprowadzone z iście szwajcarską… nie z wielkopolską precyzją. Było takie rozsądne, czy wręcz pragmatyczne. Mimo, że nie było zbytnio wspierane przez samą Ojczyznę, która odradzając się bardziej patrzyła na wschód i bliższe Marszalkowi tereny Ukrainy niż Wielkopolskę, to jednak wbrew wszystkiemu i wszystkim zakończyło się pełnym sukcesem zarówno organizacyjnym, jak i militarnym. Można napisać, że było takie polskie, a jednocześnie nie polskie. My Pyrrusy, możemy smiało powiedzieć, że było ” Wielko…Polskie”.  Dlatego na koniec chciałbym oddać honor wszystkim znanym z imienia, jak i bezimiennym bohaterom, którzy z bronią w ręku potrafili powiedzieć: „ Wielkopolska jest polska”. Cześć im i chwała.


6
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~SportOS i sosy
Gość

Wszystko to kwestia nastawienia. W końcu odbieramy często to co się dzieje wokół nas na podstawie tego jak się sami czujemy 😉

~Sławek
Gość
~Sławek

Pieski niestety zagłuszyły nieco apel o Januarowy finisz. Co prawda w trakcie biegu pomyślałem o próbie takiego finiszu, ale bałem się, że może być to niestosowne. Okazało się, że to było wskazane.

Co do rocznicy Powstania, nie pochodzę z WLKP ale krewni od strony mamy (dziadek mamy i jego bracia) brali udział w Powstaniu, jest to uczczone pomnikiem pamięci (Głaz z nazwiskami powstańców z tamtych okolic) na cmentarzu w Gościeszynie.
Jestem z tego powodu bardzo dumny.

January [‘]

~Robert_II
Gość
~Robert_II

Twoja wizualizacja smutnego, przepełnionego zadumą parkrun’u jak zwykle niedościgniona,

… ale równie, jeśli nie większy szacun za niesienie kaganka oświaty. O pozytywnych wydarzeniach trzeba pisać, przypominać, powtarzać, bo jak życie pokazuje, pamięć jest bardzo ulotna.

Ps. A na obchodach był … list … Pani Premier.

~freelove
Gość
~freelove

Pogrzeb Januarego był o 13. Była delegacja parkrunu, nawet dość liczna.

~Robert
Gość

Byłem już dzisiaj na cmentarzu, odnalazłem grób Januarego (jeszcze pusty) i zapaliłem mu dwa znicze – jeden ode mnie, a drugi od wszystkich członków społeczności biegaczy, w tym zwłaszcza parkrunnerów. RIP