Relacja z ostatniego, tegorocznego oficjalnego biegu

Na początku, jak to mam w zwyczaju i kiedy jest ku temu sposobność, odpowiadam na wczorajsze komentarze. Robercie, co do oceny tegorocznych biegów, to możesz wrzucać, jako komentarz, czy podesłać na maila. Każda możliwość akceptowana i z takim samym szacunkiem traktowana. Tak jak pisałem oceną wszystkich biegów zajmę się jutro i podejrzewam, że popołudniu taką moją zbiorczą punktową ocenę, wraz z innymi ocenami i porównaniami wszystkich, którzy zechcą się swoimi podzielić zamieszczę. Ale raczej w godzinach bardziej popołudniowych, gdyż coś jeszcze przed południem muszę załatwić z innej bajki. Co do wrzuconej przez Ciebie propozycji rozgrzewki…cóz pierwsza klasa. Jak ktoś nie widział wrzucam link, gdyż warto uczyć się od najlepszych https://www.youtube.com/watch?v=uvEFjw7zezs&list=PLMVYZXqncBWbV6JnIGMEvHfp1SZcwaa3L

Freelove, dzięki za informację o pogrzebie i sprostowanie godziny. Smutna była wczorajsza sobota. Robercie wielkie dzięki za uznanie moich możliwości opisująco-budujących nastrój. To bardzo miłe wiedzieć, że moja „skrobaninia” komuś się podoba. Sławek, co do piesków zagłuszających apel organizatorów, to częste zjawisko. Nasi czworonożni współbiegacze zapewne nie mogą już się doczekać startu i dlatego tak ponaglają zapowiadających prowadzących. Sporo osób na szczęście usłyszało i  próbowało finiszować stylem Januarego.  Oczywiście jak wczoraj pisałem były to tylko imitacje i nędzne podróbki, gdyż Ideał był tylko jeden, ale chociaż w ten sposób próbowaliśmy oddać hołd. Co do rodzinnych tradycji oddawania życia za Ojczyznę to także mam w rodzinie przykłady osób dalszej i bliższej rodziny, którzy na różnych frontach i w różny sposób życie oddawali. Jest i powstaniec wielkopolski, który pod Chodzieżą poległ. Jest i najbardziej chyba znany dwukrotnie odznaczony virtuti militari „żołnierz wyklęty”, porucznik Jan Kempiński ps.” Błysk” rozstrzelany już po „wyzwoleniu przez armię czerwoną i polskich komunistów” 21 czerwca 1946 roku w Poznaniu. Potem w 1994 zrehabilitowany. SportoOs, masz rację wszystko to sprawa nastawienia. Freelove, zgadzam się z Twoim hasłem i dzięki za informację z epoznan.

No i nadszedł czas na ostatni w tym roku bieg. I to nawet nie parkrun, który miał miejsce wczoraj, ale po raz któryś w tym roku dwa kółeczka dookoła Malty. Jak pisałem nie raz wpisowe dosyć wysokie, gdyż 40 PLN piechotą nie chodzi. Zresztą jak biegamy, to trudno by chodziło. Mamy dwie możliwości: jedno, albo dwa kółeczka. Oczywiście zapisałem się na dwa, gdyż jedno kółko za 40 PLN, to już lekka przesada. Zapowiedziane są dodatkowe atrakcje konsumpcyjne ( gdyż koszulki niestety nie ma). Po powrocie dam znak, czy były to dobrze wydane pieniądze. Startujemy o 12.00, wydawanie pakietów od 9.30 do 11.30. Sądzę, że w okolicach godziny 10.00 ruszę. Zobaczymy, czy samochód odpali, gdyż wcale nie lekki chłodek, a wręcz mrozek rządzi na dworze. Zgodnie ze wskazaniami przyrządów pomiarowych mamy  w okolicach minus 10. Na szczęście nie ma wiatru, więc aż tak bardzo mróz nie przeraża. Co najwyżej trochę straszy.  Zapowiedzi głoszą, że się ociepli. Ma być najwyżej minus 3. Ale to się dopiero okaże. Zobaczymy ilu z zapowiedzianej grupy 1254 osób stanie w tym mrozie na starcie. Ja na szczęście mam stosunkowo nie daleko.  Może nie rzut beretem, czy kamieniem, ale zdecydowanie bliżej, niż dalej. Patrząc na warunki temperaturowe, to cóz mamy dzisiaj biegową delikatną formę masochizmu.

Na miejsce dotarłem w okolicach godziny 10.40. Bez problemu odebrałem pakiet startowy, czyli numer z wbudowanym chipem oraz agrafkami. Przymocowałem, co trzeba i poszedłem schować się w cieplejsze regiony Malty. Na całe szczęście możliwości ukrycia się do czasu startu, przed dosyć przejmującym chłodem były dosyć dobrze przygotowane. W różnych miejscach, na górze, na dole i na środku chowały się całe gromady biegaczy ogrzewając wzajemnie miłym słowem. No, chyba że była szansa na delikatne przytulenie osoby płci przeciwnej. Niestety nie było to zbyt częste zjawisko. W okolicach godziny 11.00 przyszła pora na pierwszą oficjalną  rozgrzewkę. Bardzo miła pani, o ile dobrze pamiętam chyba z AWF stojąc na scenie rozruszała cale stojące u jej stop towarzystwo. Każdy w mniej lub bardziej zbliżony sposób starał się naśladować jej w pełni profesjonalne, a przy okazji kocie ruchy. Nam z tą szczególnie kociością ruchów trudno było się równać. Powiedzmy, ze podrygiwaliśmy mniej, lub bardziej podobnie. Po paru minutach dosyć zabawnych i inspirujących podrygów nadszedł czas na odpoczynek. Witałem się z cała armią parkrunerów, którzy tłumnie nad Maltą stanęli. Tuż przed startem jeszcze raz rozgrzewająco przyszło nam podrygiwać.  Punkt 12, czyli w porze westernowego „samego południa” przyszedł czas na start pierwszego biegu na dystansie jednego okrążenia, czyli 5.4 km. Sporo osób ruszyło, by z jednym okrążeniem jeziora się zmierzyć. Kiedy pierwsza grupa ruszyła, po chwili nam przyszło ustawić się w strefie startu. Tak na oko ustawiłem się w połowie stawki, czyli tak jak planowałem pobiec. Na połowę grupy. Pogoda była iście zimowa i z planowanego minus 3, na oko trzymało sie okolicach dziesięciu poniżej zera.

I już ruszamy, każdy własną mocą popędzany. Biegnę dosyć spokojnie, bez duszenia i palenia asfaltu ( w moich oczywiście możliwościach) Lekki mrozek szczypiąc w różne części ciała nie pozwalał jednak biec zbyt spokojnie. Wymuszał trochę żywsze tempo biegu. Cały czas biegłem w sporej grupie biegaczy, która przybrała postać długiego węża, czy może raczej stonogi… nie tych nóg było zdecydowanie więcej niż sto, więc coś około 1000, czy 1800 nogi. Gdyż jeżeli  łączenie w obu biegach wystartowało dzisiaj 1254 osoby, to zapewne na pierwszy dystans, czyli jedno okrążenia poszło gdzieś ok 30-40%, to można założyć, że wystartowało w biegu głównym ok 700-900 biegaczy. Jeżeli pomnożymy ilość biegaczy przez dwie posiadane przez każdego nogi, to wyjdzie tysiącczterysta lub tysiącosiemsetnoga. Plus parę kółek od wózków na dodatek. Nad biegnącym tłumem rozlegał się miarowy tupot biegaczy. Po bokach stali wspierający nas oklaskami, ci którzy wolą klaskać niż biegać. I bardzo dobrze, bo dzięki nim my moc z klaskania płynącą otrzymujemy. To było super. Biegnąc jak zwykle czułem moc wypływającą z każdego biegacza i łączącą się ponad naszymi głowami w jeden nieustannie eksplodujący wulkan powera. Tak bez wątpienia moc była z grupą, wypływała z niej i by wrócić w ogniu biegowego spełnienia. Ktoś, kto nie spróbował zmierzyć się z takim biegiem zapewne nie do końca zrozumie, o czym piszę. Dla takiej osoby, to jest zupełna abstrakcja. Ale dla większości biegaczy to całkiem ( mam nadzieję) zrozumiały tekst. Biegniemy, a radość z każdego pokonanego metra rozsadzała nasze dusze. Parę osób niestety się zatrzymywało, zaczynało iść, czyli trochę nie do końca realnie potrafili ocenić swoje siły i możliwości. Po chwili dobiegł do mnie jeden z parkrunowych znajomych i przez ok ¾ dystansu biegliśmy plus minus razem. Co prawda raz on był z przodu raz ja, a czasem ramię w ramię. Ale biegnąc wspólnie napędzaliśmy swoje tempo. Trasa znana, pamiętana mijała kalejdoskopem zapamiętanych klatek. Mijaliśmy stok na Malcie, centrum handlowe, stację początkową kolejki Maltanka, mostek stanowiący dopływ, albo odpływ do Warty, albo i może w inne miejsce. No i już biegniemy po drugiej stronie jeziora. Mijam jednych biegnących, inni z kolei mijają mnie. Taka klasyczna biegowa karuzela. I już dobiegam do końca pierwszego okrążenia. Na elektronicznym czasomierzu widzę mijające sekundy. Czas brutto, liczony od momentu ruszenia grupy ( czyli zdecydowanie parę minut po uruchomieniu zegara) był w okolicach 29 minut. W pamięci zajaśniało mi światełko: „pamiętaj, że ma być poniżej godziny”. Staram się przyspieszyć, ale efekt jest powiedzmy średni. Po raz drugi pokonuję te same pamiętane fragmenty trasy. Oczywiście mijam cała trasę, ale w pamięci zapadają niektóre jej  fragmenty. A może to osoby po tych fragmentach biegnące? Kto to wie. Pamiętam pana biegnącego z  bardzo dostojnym dogiem. Raz pan ciągnął doga za sobą, ale w większości przypadków to dog robił za moc napędzającą. Obaj minęli mnie za połową drugiego kółka. Musze szczerze napisać, że piesek dawał swojemu panu ostre wspomaganie.. Tyle, czy doga można nazwać pieskiem? Po chwili biegnąc obok mojego parkrunowego znajomego mijamy trzy panie mające na głowach bardzo, że tak napiszę fantazyjne peruki. Obaj głośno wyraziliśmy zachwyt nad tym, co na głowach pań się znajdowało ( ale powiedzmy nie tylko), czym pobłażliwy uśmiech na twarzach pań wywołaliśmy. Im bliżej mety, tym mój znajomy parkruner bardziej przyśpieszał, co w pewnym momencie stało się dla mnie tempem nie do ogarnięcia. Więc pan mi odbiegł, a ja biegłem dalej swoje. W powietrzu czułem już zapach zbliżającej się mety. Próbowałem jeszcze trochę przyspieszyć, szczególnie, że mijają mnie dwie panie w tempie niemal ekspresowym.. I co mam powiedzieć? Że kobiety mnie biorą? I to nie jedna, tylko dwie na raz? Przecież to niemal perwersja. Więc próbuję panie gonić, ale wynik jest powiedzmy mierny. I już widzę ostatnią prostą i ustawiony elektroniczny zegar na którym nieubłagalnie miają kolejne sekundy. Staram się przyśpieszyć i już mijam linię mety. Czas od momentu ruszenia grupy to 58 minut. Ile to będzie mojego brutto i netto? Zapewne dowiem się w domu. Po biegu idę to strefy upominkowo-konsumpcyjnej.  Najpierw stoję po „żarełko”, gdyż trzeba wyrównać straty energetyczne. Dostaję kiełbaskę z ogórkiem, musztardą, ketchupem oraz kawałkiem chleba. Może kiełbaska nie najwyższych lotów, ale zjadliwa. Herbatka pitliwa, więc nie jest źle.  Może nie jest to rewelacja, ale całkiem przyzwoicie. Po zjedzeniu idę po medal ( bardzo podobny kształtem do medalu za półmaraton w Pile, czyli kształt kwadratu) i wracam do domu.

Kiedy siadam do skrobania zerkam na telefon.  Wyniki oficjalne już były. Zająłem 364 miejsce, wynik brutto 54 minuty i 57 sekund, a netto 54 minuty i 27 sekund. Chyba to jeden z lepszych czasów na dwóch kółkach dookoła Malty. W ostatnim biegu z klasą miałem 54 minuty i 23 sekundy netto. Czyli zabrakły mi 4 sekundy do poprawienia mojego najlepszego na Malcie czasu. Biorąc pod uwagę całoroczne zmęczenie, które w jakiś sposób musiało wpłynąć, to bieg oceniam bardzo dobrze. Pod względem organizacyjnym z kolei powiedzmy średnio dobrze. Napiszę tak, źle nie było, ale żadnej części ciała nie urwało. Przyzwoicie, ale bez szału. Widać było, że organizatorzy wiedzieli, co mają robić i jak to zrobić. Tak jak to napisał Robert. Fajny medal, posiłek zjadliwy, więc był to dobrze spędzony biegający dzień. Pełnej oceny wszystkich moich tegorocznych biegów spróbuję dokonać jutro w godzinach popołudniowych.


3
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~Ag
Gość
~Ag

Kobiety Cię biorą, Fraszka Cię bierze…no ja nie wiem 😛

~Martyna
Gość
~Martyna

Super opis biegu, pełen uśmiechu! Pozdrawiam 🙂

~Robert
Gość

Fajny bieg, gra muzyka, na mecie kiełbasa i herbatka i fajny medal, czego chcieć więcej? Tylko na pierwszym kółku było trochę tłoczno.