Kolejny biegający sobotni obowiązek za nami…

Na początku mojego skrobania, zgodnie z ustalonymi w moim piszącym scenariuszu zasadami nawiązuję do wczorajszych komentarzy. Michu, cóż jeżeli firma Ciebie wystawi w sztafecie, to Grodzisk faktycznie musisz sobie odpuścić. Nie ma innej opcji. Nie darują Tobie, jeżeli w ramach realizacji swojej pasji nie podepniesz się pod propagowanie marki swojego pracodawcy. Jak to mawiali starożytni „siła wyższa”. Co do drugiej części Twojej wypowiedzi, czyli biegu charytatywnego dla Maćka, to oczywiście podpisuję się wszystkim co mogę. https://www.facebook.com/events/719584468158443/?ref_newsfeed_story_type=regular . Nie raz już pisałem, że bycie biegaczem, to nie tylko oddawanie się rozkoszy tuptania, ale to styl życia oraz postrzeganie wszystkiego co się dzieje dookoła nas. Dzięki bieganiu nabieramy pewnej formy wrażliwości społecznej oraz otwieramy się na potrzeby innych. I kto wie, czy to nie jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Mam nadzieję, że 22 marca całymi rodzinami wielu biegaczy wybierze się do Lubonia.

Dzisiaj rano, mój wieczny i niezmienny od ponad dwóch lat parkrun budzik poderwał mnie na nogi, trochę później niż zwykle, czyli w okolicach godziny 6.40.  To już niemal jak obowiązek: sobota godzina 9 cytadela, parkrun, Nie może być inaczej. Zanim się ubrałem, coś zjadłem wyprowadziłem psicę, przebrałem i dotarłem na Cytadelę było już w okolicach godziny 8.30. Może nawet troszkę później. Kiedy wyszedłem z samochodu przez chwilę spoglądałem na nieprzepastny błękit nieboskłonu tu i ówdzie przepasany białymi wstęgami wysoko zawieszonych wysp. A może nawet klombów chmur zerkających na ziemie swoim delikatnie zachmurzonym spojrzeniem. Widziałem wyprostowane w ich stronę w większości nagie pnie drzew, czasem wręcz wyprężone w całkiem wyuzdanej pozie. Ale tu i ówdzie zielenią wyróżniały się drzewa iglaste, a nawet z rodziny liściastych takie, które opatulone były brązowym futrem liści. Bez wątpienia te liście z uporem maniaka trzymały się gałęzi, nie chcąc za cholerę spaść. Tak jakby nie przyjmowały do wiadomości, ze to ciągle jeszcze trwa zima, do wiosny jeszcze trochę czasu, a kiedy ona nadejdzie, to i tak będą musiały ustąpić świeżej eksplozji zielonej liściastej siły. Z drugiej strony patrząc na dzisiejsza pogodę, to doszedłem do wniosku, że zima zimą, ale wygląda na to, że już za jej plecami wiosna się zbliża niczym Hamilton za kierownicą swojego bolidu formuły 1.

Kiedy doszedłem na miejsce zbiórki, to już spora grupa parkrunerów zagospodarowała swój przedstartowy czas dzieląc go na rozgrzewkę oraz rozmowy ze znajomymi. Nie miało to znaczenia, czy dłużej znanymi, czy tymi, których dopiero poznali. Gdyż każdy kto chociaż pierwszy raz przychodzi na Cytadelę od razu staje się tak samo ważną, jak ci co od zawsze przychodzą składową częścią naszej parkrun rodziny. Już z daleka rozpoznawałem znajome postaci, Witałem się i z Markiem i z kilkoma innymi znajomymi osobami. Kiedy zacząłem się rozgrzewać kątek oka zauważałem nowe fale biegaczy nadciągających niczym białe grzywacze na oceanie  wyzwolone wietrznymi harcami.  Jak zwykle nadchodzili i stali, jak i ci co mniej często się pojawiali. Bili wiec i nasi tabelaryczni parkrun liderzy, z uwagą, ale zapewne i cichą nadzieją zerkający, czy najwięksi konkurenci się pojawią. Bo chociaż wzajemnie się szanują, pozdrawiają, to pewna nutka rywalizacji połączona z nadzieją, że może uda się nadrobić dodatkowe punkty ze względu na nieobecność  głównego „rywala” cichutko w duszy gra.

No, ale kiedy już wszyscy się zjawili, rozgrzali przyszła pora na miejsce startu się udać. Dzisiaj na stanowisku wodzostwa prowadzącego nowa grupa trzymająca władzę czytaj stoper się pojawiła. Miła para rządzących parkrun procesami biegaczy na starcie tradycyjna mową motywacyjną nas przywitała. I już ostanie sekundy, mija godzina 9, więc ruszamy każdy w swoim biegowym rytmie. Na początku jak zwykle rozpędzająca się grupa miesza, kotłuje różnokolorową paletą barw malując asfaltową nawierzchnię alejek  kierunek biegu wskazujących. Widzę przed sobą znajome postaci, które po chwili znikają mi z oczu kurz i pył spod swoich sportowych butów unoszący się w powietrzu zostawiając. Biegnę względnie spokojnie mając z jednej strony w  pamięci jutrzejszą dyszkę, a z drugiej nie chcąc znowu spadać czasowo poniżej dna, które  w ostatnich moich startach osiągnąłem. Po chwili mija mnie rozpędzająca się z każdą chwilą grupa biegaczy. Przez pewien czas staram się ich trzymać, ale zbyt długo mi się to nie udało i znowu wsłuchiwałem się kroki kolejnych za moimi placami nadciągających rozpędzonych sił biegających obojga płaci. I to co w sumie najbardziej mnie delikatnie zaczynało podgryzać, że mijały mnie osoby, z którymi w moich najlepszych ( czytaj najszybszych) biegających czasach mogłem spokojnie biegowo równe tempo trzymać, a czasem nawet ciut szybciej dreptać. Czyli znowu mijała mnie Agnes przez Fraszkę dzielnie popędzana. Tyle z drugiej strony jakie mam szanse, z moimi dwoma nogami przeciwko dwóm nogom i czterem psim łapom? Raczej chyba niewielkie. Potem mija mnie Robert trochę później poznany. Wiadomo, że ten, którego trochę dłużej znam, to  tylko w momencie startu może mi przed oczami mignąć, by po chwili zniknąć zostawiając w moich uszach pisk jego sportowych butów na alejkach cytadeli.

No ale biegnę walcząc z moim czasem, chwilami zwątpienia i czasem pragnieniem oddania się całkiem innym rozrywkom. Jakim? Napisze tak: różnym, bez wchodzenia w głębsze szczegóły. Obserwuję przyrodę powoli chyba zaczynającą się tu i tam budzić z zimowego letargu. Każdy kolejny pokonany metr stanowi pobudzenie moich sił fizycznych i duchowych ładując moje wewnętrzne akumulatory. Odmierzam metry i kilometry ciesząc się jak dziecko, że biegnę, że daję radę, ze mogę, że mam taką a nie inną pasję. I już widzę oznaczenie drugiego kilometra i wbiegam do rosarium. Widzę osoby wybiegające, a za sobą znowu charakterystyczny tupot kobiecych stóp. I znowu rozpędzona pani klasycznie bierze mnie z jednej lub z drugiej strony. Tak biegnąc sobie dumam” ile tych Kobiet mnie dzisiaj już wzięło, toż to niemal perwersja”. Ale nic biegnę. Kiedy wybiegam z rosarium znowu słyszę odgłos kolejnych kobiecych kroków. Kolejna pani mija mnie ( czy jak kto woli znowu bierze) tuż za bramą. Do czołgów biegliśmy kawałek prawie ramię w ramię, a potem w czasie pokonywania tego krytycznego punktu, troszkę mnie zostawiła za sobą. Ale kiedy wybiegliśmy na prostą powiedziałem sobie „ dosyć, trzeba troszkę pobiec, a nie tylko czołgająco dreptać. Wiec biegnę za panią starając nie tracić dystansu pomiędzy nami. I nawet udało się go utrzymać, a na ostatnim kilometrze czyli już za szutrowaną alejka, aż wstyd się przyznać, ale tym razem ja panią wziąłem. Ale biegnąc cały czas słyszałem jej kroki za swoimi placami oraz równomierny oddech. Muszę przyznać, ze było to bardzo motywujące. I już jeden zakręt, drugi i wbiegamy na ostatnią prostą. Czując przyciągający mnie do siebie zapach mety jeszcze bardzie przyspieszam. Pani za mną chyba trochę odpuściła. I już jestem na mecie, odbieram token od wolontariusza.  Dziękuję jeszcze pani za wspólny bieg i idę się zeskanować. Potem jeszcze wspólne, rodzinne zdjęcie i w poczuciu dobrze zakończonego tygodnia, stanowiącego wprowadzenie do nowego można jechać do domu.

No a jutro przyjdzie czas na drugą w tym roku oficjalną dychę. Zobaczymy jak to wyjdzie.


2
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~Robert
Gość

Paweł nastaw się jutro na dłuższy dystans na Wildeckiej 10, nawet jakieś ponad 10,5 km. Widać to po planie biegu. Widzę też że odwrócili kierunek biegu. Myślę że to fajnie, bo pierwsze 2 kilometry są dłuuugą i szeroką prostą ścieżką rowerową, nie będzie tłoku na początku.

~Agnieszka
Gość
~Agnieszka

Pawle, chyba następnym razem muszę pobiec bez Fraszki, żebyś miał szanse. 😉
Nie rozumiem tego tytułu. Jaki obowiązek? Przecież to przyjemność sama (nie)czysta! 🙂
Powodzenia jutro 🙂