Relacja z 8 Poznań Półmaratonu

Na początku szybkie odniesienie do wczorajszych komentarzy. Cezary, Robercie trochę dłużej znany oraz Pimpf, co do sprawy takiego, a nie innego przyłapania kogoś biegającego „na lewo” na Maniackiej, to wrócę do tematu w osobnym wpisie na początku przyszłego tygodnia. Tak na szybko, to zgadzam się i z Robertem i z Cezarym. Nie jest to zachowanie godne pochwały, także nie popieram czegoś takiego, ale poziom i siła ( czy jak kto woli moc)  reakcji powinna odpowiadać wysokości poniesionej szkody. Do tego tematu jeszcze wrócimy, gdyż nie dziś jest na to czas i miejsce.

Muszę przyznać, że dzisiaj mój wewnętrzny biegowy budzik klasycznie „ przegiął pałę”. Ja rozumiem, że przed  parkrun podrywa mnie z łóżka o godzinie 6.30. Ok nie ma sprawy, jakoś to przeboleję. Jak mam być szczery liczyłem dzisiaj także na taką właśnie duchową pobudkę. No i sobie grzecznie śpię, a tu przez głębokie odmęty moich marzeń sennych wdziera się nagle łomot werbli i bębnów,  piszcząco-głęboki głos trąbki, fletów oraz szarpiące struny i nerwy brzmienie gitar, a nad wszystkim zawodzący głos: „bum tarara, bum tarara już czas wstajemy”. Z trudem otwieram jedno oko wpatrując się z wyraźną niechęcią w moje drugie ja ubrane już na sportowo i uzbrojone we wszystkie możliwe instrumenty muzyczne. Przez chwilę patrzę sam na siebie trochę niechętnym i otępiałym wzrokiem, a następnie zerkam na zegarek:  była godzina 4:05. Znowu na siebie spojrzałem, a z moich ust wyrwała się wiązanka, której ze względu na wrodzoną nieśmiałość, oraz pewne wpojone zasady dobrego wychowania nie śmiem tutaj zamieścić. Na taką moją odpowiedź moje drugie ja jeszcze głośnie się rozdarło, umuzykalniło ( no powiedzmy) i znowu to cholerne „bum tarara, bum tarara już czas wstajemy”. Nie było wyjścia musiałem się zwlec z łóżka, umyć, coś zjeść, wyprowadzić psicę ( która oczywiście od razu wykorzystała okazję), a następnie włączyć by psychicznie się zacząć nastawiać.

Pierwsze co robie, to co chwile zerkam przez okno: jak będzie. Kiedy wyprowadzałem sunię, to był lekki chłodek, a nie szarym jeszcze nieboskłonie delikatne w kolorze czerni smugi chmur się przemieszały. Ale to może to ranek odsuwał od siebie kurtynę nocy. Teraz, kiedy zerkam ciągle widzę jeszcze pewien wzór zachmurzony. Może nie być źle, ale wcale nie znaczy, że nie będzie. Siedzę, a w duszy układają mi się słowa śpiewanej właśnie, skomplikowanej jak diabli  rymowanki: „dobiegnę, legnę cholera wie, ole, ole ole”.  Złożoność i głębia tego tekstu aż mnie dobija. Ale dostrzegam w nim pewne przesłanie. Idealnie wpasowuje się ona w dzisiejszy nastrój.  Jest w tej chwili godzina 7 rano. Jeszcze z dwie godziny i udam się na miejsce mojego pierwszego biegowego tegorocznego katharsis. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, o co biega w użyciu tego słowa to wrzucam definicję: Katharsis (gr. oczyszczenie) – uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń. I niech każdy sobie wybierze to słowo tłumaczenia, które w jego odczuciu najbardziej mu pasuje. No właśnie, co będzie to będzie: „ dobiegnę, legnę, cholera wie, ole, ole, ole

Do strefy startu dotarłem plus minus pół godziny przed godziną zero. Tłum biegaczy już się kłębił, przygotowywał, rozgrzewał oraz oddawał radosnemu plotkowaniu. Kiedy po rozgrzewce wszedłem do mojej strefy, od razu zauważyłem znajomą postać Marka, który górował nad tłumem niczym Guliwer nad liliputami. Ostatnie chwile przed startem rozmawialiśmy na nasze biegowe tematy, Potem jeszcze doszedł Bogdan i przez chwilę wspólnie przygotowywaliśmy się psychicznie do biegowego wyzwania. Potem ja podszedłem trochę do przodu szukając moich baloników z czasem 1 godzina i 50 minut. Niestety nie znalazłem, więc stanąłem w tłumie, w którym z każdą minutą narastała gorączka startowa. Wsłuchiwaliśmy się słowa prowadzącego, który starał się budować odpowiedni do chwili nastrój. I nawet mu to wychodziło. Jeszcze dwie minuty, jeszcze minuta. Czuję, jak ogromne napięcie wisi nad nami muskając nas swoimi mackami. I już jest sygnał ruszamy. To znaczy zanim ruszyliśmy ładnych parę minut bezruchu, dreptania w miejscu i powolnego poruszania się do przodu wreszcie ogarnął nas wiatr pędu pchający do przodu w odpowiednim dla każdego z nas rytmie. Tłok był gigantyczny. Trudno było wejść z odpowiednie tempo, gdyż ktoś tam biegł wolniej, ktoś blokował, ale to nie miało żadnego znaczenia. Grunt, że biegliśmy i tylko to w danej chwili się liczyło.

Najbardziej niesamowite wrażenie dwa, czy trzy razy miałem na początku. Na niewielkich wzniesieniach widziałem tłum biegaczy, który niczym szeroka, różnobarwna rzeka płynął po ulicach pożerając kolejne kilometry trasy. I miałem tutaj wątpliwość, czy była to rzeka biegaczy, czy raczej wielki wąż sunący po ulicach naszego miasta. Na początku muszę przyznać, że nawet trochę depnąłem. Nawet trochę biegłem szybciej niż na początku planowałem. Jednak w porównaniu z zeszłym rokiem czegoś mi brakowało. Wtedy co kawałek stało muzyczne wsparcie, a dzisiaj pustka i cisza. Do pewnego na szczęście momentu. Tyle, że początkowo nie zwracałem na to uwagi, gdyż musiałem raczej uważać, by nikogo nie nadepnąć i nie być przez kogoś z tyłu niechcący podcięty. Ale z jednym organizatorzy trafili w dziesiątkę. Skrobię tutaj o pogodzie. Była wręcz idealna. Słoneczne promienie tańczyły po ciałach biegaczy, ale na szczęście  całkiem rześki, w pewnych momentach chłodny wiatr temperował rozpalone zmysły. Wreszcie, jeżeli się nie mylę na Piłsudskiego pierwsze wsparcie muzyczne. Może średnio w gust i ucho wpadające, gdyż paru dosyć godnego wieku panów grających na modłę country,  ale poczułem prądy mocy moje ciało napędzające. Muszę przyznać, że z każdym kolejnym kilometrem nabierałem tempa. Po bokach stali mieszkańcy oklaskując nas i wspomagając, ale na tym etapie biegu biegłem głównie dla mojej wewnętrznej potrzeby olimpijskiego motto: szybciej, wyżej, mocniej. I biegniemy przed siebie. W pewnym momencie słyszę za sobą : „ hau, hau”. Nie spoglądam za siebie, tylko sobie myślę „ ale ktoś ma biegową motywację, udawać psa”. Po chwili znowu się potarza, ale już znacznie bliżej „ hau, hau”. I w tym momencie kto mnie mija? Oczywiście  Agnes ze Zbyszkiem, który mając na plecach zamieszczone zdjęcie Fraszki wspierał Agnes na wzór jej psicy, która co chyba słusznie w domu została. Ale Zbyszek bardzo skutecznie ją naśladował. Chociaż czy tak bardzo mam pewne wątpliwości, gdyż ideał ( patrz Fraszka) jest tylko jedna. Potem przy Selgrosie  moja ulubiona kapela zakonników grająca : „ Highway to hell”. Tak jak w zeszłym roku. I już nic więcej do szczęścia nie potrzebuję.  Ciekawe czy to ta sama kapela, co w zeszłym roku. Potem biegliśmy Hetmańską, znowu ten tłum biegaczy niczym rzeka w korycie jednej z głównych poznańskich ulic. I na co jeszcze warto zwrócić uwagę. Co 5 kilometrów miejsce postojowo-pijąco- odżywcze. Na jednym stoliku woda, na drugim izotonic, do tego czekolada i banany. Na pierwszych dwóch punktach brałem po łyku wody i izotonika i zagryzałem, tym co na stoliczku złapałem. A był to stoliczek z gatunku nakryj się. Jak opróżniony, to zaraz zapełniony. I na Wspólnej znowu zakonnicy grający” Highway to hell.”. Przez głowę przeszła mi pewna myśl: „ Cholera czy oni wszystkie zakony w Poznaniu opróżnili? A do tego pewna refleksja nad gustami muzycznymi zakonnej braci. Jak kto nie ma to co lubi, to chociaż może muzycznie to wyrazić. Wbiegamy w Dolną Wildę. Tutaj nagle słyszę za sobą: „ dajesz biegacz amator” Mówił te słowa pan, który akurat mnie mijał. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem, że Jacek miał na imię. Zrobiło mi się bardzo przyjemnie, że jest parę osób nie tylko z parkrun bractwa, które wchodzą na mojego bloga. Biegnąć jednym strumieniem Dolną Wildą widziałem drugi tłum biegaczy biegnąc w przeciwnym kierunku. Nagle z tego strumienia słyszę głos: “dajesz Paweł, dajesz”. To Zbyszek z Agnes wchodzili, a w zasadzie wbiegali w swój klasyczny czsasożerczy rytm.  Znowu wsparcie wodno- konsumpcyjne. Podbiegam do dziewczęcia stojącej ze szklanką wody, zdejmę czapkę i krzyczę: Niech pani leje. Albo krócej „ lej” Nie pamiętam już  nawet co krzyknąłem, ale dziewczę się zastanawiało się i szczerze chlusnęło na mnie szklankę wody.  I w tym momencie dostrzegam baloniki z napisem 1 godzina i 50 minut. No, tak nie znalazłem ich na starcie, to w połowie dystansu dopadłem na trasie. I w tym momencie dopadła mnie myśl i wizja, a może refleksja: „ cholera jasna, czy ty biegniesz dla czasu, czy dla przyjemności?”. Nawet nie walczyłem sam ze sobą. Jedna odpowiedź mi się nasunęła: „biegnę dla przyjemności, dla frajdy, dla ognia, a czas jest tylko kwestią drugorzędną” I w tym momencie cała moc mnie wcześniej napędzając odfrunęła w siną dal, a pozostało radosne dreptanie, chłonięcie trasy i rozkoszy biegowej. A cała reszta już pozostała gdzieś daleko za mną, albo i przede mną. Kiedy znowu wbiegliśmy w teren zabudowany podbiegałem do stojących po bokach wspierających nas mieszkańców przybijając z uporem maniaka piątki, uśmiechając się i przesyłając paniom buziaki. Co chwila ktoś odczytywał imię na moim numerze startowym i słyszałem „ dajesz Paweł dajesz, jeszcze tylko kawałek”. I napiszę, ze to było w tym wszystkim najpiękniejsze. Te słowa  wsparcia od zupełnie obcych osób. Kto tego nie zaznał nigdy nie zrozumie, ile to daje wykończonemu organizmowi. Ostatnie kilometry biegłem jak natchniony, bez tempa, ale moja dusza fruwała w otchłani rozkosznego spełnienia. I dobiegamy do Malty, jeszcze kawałek i już skręt i mostek i widzę bramkę mety. Nawet na tych ostatnich metrach przyspieszam i już jest jeeest meta koniec, dobiegłem nie ległem, mój 6 półmaraton pokonany. I powiem Wam, że na mecie nie czułem zbytniego zmęczenia. Ba odniosłem wrażenie, że miałem zapas w sobie mocy, który mógłby mnie jeszcze pociągnąć. Czyżbym nie dał z siebie wszystkiego? Odpowiedź nasunęła się sama: dałem tyle ile chciałem a rezerwa się przyda na przyszłość.

Potem jeszcze po kolejnych etapach wsparcia konsumpcyjnego się przeszedłem. I co mnie zdziwiło, chociaż znowu była Leniwa Danuta makaron, to tym razem wziąłem po bolońsku i muszę przyznać, że zjadłem ze smakiem. Ale to zapewne  powodu zmęczenia. No i do tego wypiłem sobie portera Fortuny i musze przyznać, że wszedł bez trzymanki. Do tego jeszcze otoczyłem się pelerynką albo kocem technicznym i wróciłem zadowolony z kolejnego biegu do domu. Zadowolony byłem z samego biegu, co do innych spraw, to jeszcze w jutrzejszym podsumowaniu wrzucę. Musze się z tym po prostu przespać, przemyśleć, przeanalizować i odpowiednio opisać. Były plusy, ale parę minusów także znaleźć można. Oczywiście pod względem całościowym. Ze spraw czysto biegowych zająłem miejsce 3473 na prawie 9000 biegaczy, czyli zdecydowanie w pierwszej połowie stawki. Chociaż, jak podane jest oficjalnie, do mety dobiegło 8100 osób. Czyli ładnych parę osób nie dotarło na start, albo zaginęło w akcji…Mój czas brutto to 1 godzina 57 i 24 sekund, a netto 1 godzina 54 minuty i 28 sekund, czyli ok minutę gorzej niż w zeszłym roku. Ale jakie czas ma dla mnie teraz znaczenie, to już pisałem. On jest tylko nieważnym dodatkiem do całości. Jednak dla wszystkich, którzy dla niego biegną i uzyskali dzisiaj życiówki najszczersze gratulacje. Tak na marginesie, kiedy wracałem do domu to przechodziliśmy obok trasy, gdzie jeszcze biegli i zgadnijcie kogo ujrzałem: naszego biegowego olbrzyma. Mam nadzieję, że usłyszał mój głos go wspierający. Marek pełen podziw i szacunek dla Ciebie. Jesteś wielki nie tylko wzrostem.

Co ciekawe zerkam na wyniki, a tam żadnego zawodnika innej karnacji skóry, którzy nagminnie wszystko co biegające wygrywają. Pierwszy raz w naszym półmaratonie wygrali nasi rodacy. Powód był zapewne  jeden. Rządząca na biegowych trasach brać, pojechała biegać do Paryża. Dzięki temu rodzimi biegacze na trasie rządzili.

 


10
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~Petitek
Gość
~Petitek

Kapele fajne były i z tego co pamiętam to rok temu pierwszy zespół muzyczny również był przy stacji na Piłsudskiego. Impreza ogólnie fajna, ponownie kibice nie zawiedli. Kiedyś mnie to paraliżowało, a teraz wręcz dziwnie się biegnie jak nikt nie wrzeszczy i nie klaszcze. Małe zastrzeżenie- na mecie w strefie biegacza picie powinno być bliżej. Np. od razu medal, folia i mała butelka wody. Bo szukałem namiętnie wody i nie mogłem się jej doszukać- dopiero gdzieś przy wyjściu za toi toiami. A kiedy z izotonikiem wróciłem w miejsce gdzie rozdawali medale, chyba z 20 osób mi się pytało skąd ja… Czytaj więcej »

~michu77
Gość
~michu77

też szukałem wody, ale były mapki strefy mety wysyłane na maila – czy też na stronie/fanpage’u półmaratonu. Jakoś szczegółowo ich nie analizowałem jednak. ;P

~insetto
Gość
~insetto

Gratulacje! Ważne, że tych pozytywnych emocji z biegu było mnóstwo! Ale od znajomych biegnących słyszałem niezbyt pozytywne opinie na temat wyposażenia punktów odżywczych i mety – że niby wszystkiego za mało było. W Twoim opisie nic takiego nie ma. Ciekawe, pewnie to wynika z różnicy czasu (koleżanka na ok. 2:10 netto). A w Dębnie najlepszy Polak, jeśli dobrze sprawdziłem, 14., w czołówce głównie Kenijczycy i Ukraińcy. Nie wszyscy wybyli zatem do Paryża. Mnie się udało pobić życiówkę o prawie 20 minut, zrobić delikatny (na poziomie ok. 10 sekund) negative split, uniknąć ściany i w miarę zafiniszować. No i cieszyć się… Czytaj więcej »

~Robert
Gość

Czytałem, że dzisiaj nie było obcokrajowców, bo organizatorzy ich “nie zakontraktowali” – jak rozumiem po prostu nie zaoferowali im startowego, pieniędzy za sam przyjazd i start. Widocznie 5.000 zł nagrody za I miejsce to za mało żeby im się opłacało. Po drugie organizatorzy zapowiadali ostre kontrole antydopingowe i dziwnym trafem wszyscy jak jeden mąż znikli ;-))) Inna sprawa że brak Kenijczyków bardzo obniżył poziom sportowy. W zeszłych latach zwycięzca miał czas w okolicach 1:02, a dzisiaj 1:08, 1:10 to było podium. Przepaść. Ale mi nie zależy na tym żeby obcokrajowcy robili na naszych biegach jakieś super wyniki, uważam że płacenie… Czytaj więcej »

~Bogdan
Gość
~Bogdan

Gratuluję!
mnie też się biegło świetnie.Życiówka z Piły poprawiona o 3min 🙂

~michu77
Gość
~michu77

dobiegłem… czas jak na po chorobie, może nawet być…

Swoje zdanie dot. dyskwalifikacji wpisałem pod poprzednim wpisem, trochę inne od Roberta i Cezarego, ale ja nie jestem prawnikiem tylko ekonomistą i może dlatego trochę inaczej od kolegów patrzę na różne sprawy.

~tgreg
Gość
~tgreg

Gratuluję wszystkim ukończenia biegu oraż życiówek! Ja swoją z Piły z września ub.r. poprawiłem o 12 minut na 1:42:46, a w stosunku do debiutu z ub. r. kiedy to wczłapałem na metę z czasem 1:58:20 to progres jest ogromny, a dzisiaj miałem jeszcze dużo rezerwy sił, więc jestem mega zadowolony.

~Robert_II
Gość
~Robert_II

Gratuluję 🙂

~Robert
Gość

Dobiegliśmy i to się liczy! Mi ten bieg bardzo się podobał, super trasa, atmosfera. Trochę przeszkadza tłok na trasie, ale co tam. Dziesiąty półmaraton z głowy 😉

~Agnes
Gość
~Agnes

A ja z moją psicą z podniecenia budziłyśmy się co kilka godzin… Nawet kwiaty doniczkowe się poprzewracały…