Ostatni wolny dzień biegacza amatora

Muszę przyznać, że mam dzisiaj zupełnie nietypowy dzień . Gdyż oficjalnie dzień pracujący a ja,  jak to się mówi „ uskuteczniam klasyczne opieprzanie”. Zamiast rano, jak większość oddających się stosunkom służbowym udać się w wiadomych godzinach do pracy, by swoje zadania zrealizować, ewentualnie swoje odsiedzieć, jak kto woli i jak kto ma, to mogłem sobie spokojnie na maksa spać. Co prawda z tym spaniem to wyszło jak wyszło, ale teoretycznie mogłem. Tyle, że teoria bardzo często ma się tak do praktyki, jak seks do onanizmu. Więc radosne trąby wewnętrzne kazały mi oczy otworzyć już otworzyć przed godziną 6 rano. Tak trochę na zasadzie: „ Ty, tydzień pracujący, a ty się opier…sz? Co to ma być, wstawaj ale już”. No i co było robić. Grzeczny miś zwlókł swoje cielsko z łóżka i poszedł się kąpać. Następnie coś tam zjadł, wyprowadził psicę i cóż miał robić… poszedł biegać. Musze przyznać, że wiosna całkowicie już opanowała pogodowe królestwo. I to ta, która ukazuje jedną z najpiękniejszych swoich odsłon. Czyli na dworze słońce, cieplutko, praktycznie bez jednej chmury. Co prawda zaraz malkontenckie ja zaczęło się odzywać, że już tak gorąco, że co to ma być, brak stanu przejściowego między latem a zimą, ale cóż po to jest malkontenckie, żeby narzekać. Kiedy tak wsłuchuję się w ten narzekania mam zawsze dwa wyjścia: albo całkowicie je zignorować trochę na zasadzie, że samo się zamknie, jak nie będę odpowiadał, albo wewnętrznie dać mu w „dziób”. Tyle, że raz byłoby to mało humanitarne, a dwa dosyć komicznie wyglądało, jakbym biegnąc okładał się pięściami, wykrzykując coś pod nosem. Jeszcze ktoś zafrasowany i pełen obaw mógłby zawołać dwóch panów z przyciasną marynarką, co by zabrali mnie do komfortowego, jednoosobowego pokoiku, pozbawionego wszelkich sprzętów, gdzie mógłbym się całkowicie oddać moim wewnętrznych sporom. Nie będzie chyba wielką niespodzianką, jeżeli poinformuję, że zdecydowałem się zignorować te narzekania.

Wracając na chwilę do dzisiejszej pogody, to była ona do biegu wręcz idealna. Słoneczko połączone z lekkim chłodem. Nic tylko biec. Nie zrobiłem tego co wczoraj błędu, co oznacza, że założyłem swoją najlżejszą biegową warstwę ubraniową. I to był klasyczny strzał w dziesiątkę. Gdyż nie było gorąco i nadmiar ubioru nie przeszkadzał w biegu, ani go nie ograniczał, a z drugiej strony było na tyle chłodno, że trzeba było biec trochę szybciej, by jednak trochę się rozgrzać. Jednym słowem same plusy. Zresztą dla takiego fanatyka jak ja ( bo chyba jednak wchodzę w etap biegowego fanatyzmu), to każda pogoda jest dobra. Natomiast w czasie biegu w przerwach między przyspieszeniami zastanawiałem się, kiedy lepiej biegać: rano czy po południu. Rankiem czuje się jeszcze świeżość przyrody budzącej się z nocnego snu. Śpiew ptaków, zapach liści, psy spoglądające jeszcze niezbyt trzeźwym spojrzeniem zza bram, jednym słowem same plusy. Czuję się naładowany po śnie i moja nagromadzona energia ma możliwość uwolnienia się w rozkosznym pędzie. Z kolei, kiedy wracam po pracy, czuję się trochę umysłowo ociężały znużony zarówno  psychicznie jak i fizycznie. I kiedy ruszam w taniec pędu, to wszystkie stresy, znużenia i ociężałość, nagle spływają ze mnie. Każdy krok, to ponowne ładowanie wewnętrznego akumulatora. Napływa we mnie taka energia i siła, że kiedy wracam z biegu, to mogę od razu znowu wracać do pracy. A potem można się spokojnie wykąpać, coś zjeść i siąść do kompa. I znowu same plusy. No jest jeszcze opcja próbować biegać wieczorem, co może mieć szczególne znaczenie, kiedy przyjdą upały i bieganie koło 16, może być leciutko uciążliwe. Ale jak już wspominałem, jestem na etapie fanatyzmu i takie obciążenia, to wręcz wspomaganie, a nie utrudnienie. Dlatego wolę biegać od razu po pracy, a nie jak już się usadowię wygodnie w fotelu, bo wtedy zdecydowanie trudniej jest ruszyć te swoje ‘ cztery litery”.

I takie właśnie dzisiaj myśli po mojej głowie chodziły w trakcie porannego biegu. Nie był to może wczesno poranny, gdyż godzina 7 rano, to jest zwykły ranek, ale jak na mój codzienny tygodniowy cykl, to jednak jeden z wcześniejszych biegów. Dzisiaj przyspieszenia starałem się kontrolować, by przypadkiem żadnego nie zgubić, ale także ich nadmiarem organizmu zbytnio nie obciążać. W końcu ten i przyszły tydzień  traktuję tak bardziej przygotowująco, do głównego mojego majowego startu czyli Interrun. . Gdyż na obecną chwilę startem numer jeden w nadchodzących tygodniach jest przyszły czwartek nad Rusałką. W sumie już się nie mogę doczekać. Oczywiście będzie jeszcze w międzyczasie w sobotę parkrun, ale to jest coś innego. To jest połączenie obowiązku z rozkoszą, natomiast Interrun, oraz na początku czerwca grodziski  półmaraton to sama rozkosz. Tak jak już kiedyś napisałem, parkrun jest jak żona, inne biegi jak kochanka ( czy nawet kochanki, chociaż nie lubię tego słowa), wiec może ekstra przyjaciółki. Jak mam być szczery to chodzi mi głowie czy jeszcze za jedną także ekstra przyjaciółką w maju się nie rozejrzeć. Może ktoś mnie od zboczeńców wyzywać, ale cóż każdy z nas ma swoje zboczenia. Już jestem cicho. Kiedy dobiegłem do domu i zatrzymałem czas, to musze powiedzieć, że byłem zadowolony. W stosunku do wczoraj jeszcze poprawiłem się o kilkanaście sekund, czyli super. Teraz jutro spokojnie, taki zupełnie luźno, a w czwartek mój najdłuższy bieg. W piątek zupełna przerwa, nawet bez interwałów a w sobotę na Cytadelę. I tak musi być.

No, a od jutra normalne tygodniowy układ, czyli praca, spacer, bieg i skrobanie przed kompem. I w sumie, to bardzo mnie to cieszy.


1 thought on “Ostatni wolny dzień biegacza amatora”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.