Po kolejnym parkrunie

Tak na szybko Sławku, wybacz, ale nie. Jeszcze nie w tym roku. Jak zaczynałem dwa lata temu biegałem piątki. W zeszłym zrobiłem pierwsze dziesiątki. W tym doszedłem do półmaratonu i na tym poprzestanę. Podejście i powiększenie dystansu o drugą połowę to zbytnia przesada. Z dziesięciu mogę podejść do dwudziestu jeden, ale czterdzieści dwa, to już trochę zbyt mocna terapia szokowa. W przyszłym roku tak, w tym raczej jeszcze nie.

Jak zwykle w sobotę rano, poderwałem się z łóżka czując wewnętrzny pożar.  Mamy kolejną sobotę, co oznacza kolejny wyjazd na Cytadelę i mój siedemdziesiąty któryś bieg w cyklu. Wiem, że ktoś może powiedzieć: co tu mnie „jara”? Ile można, czy mi się nie nudzi? Odpowiedź jest prosta: nie, bo każdy bieg jest inny, każdy stanowi gwarancję kolejnego naładowania wewnętrznych baterii na nadchodzący tydzień. A może uda się jakiś rekord strzelić i poczuję znowu  wewnętrzny biegowy orgazm? Zawsze jakaś wewnętrzna nadzieja połączona z taką cichutką obietnicą stawianą przez organizm. Że zrobi wszystko, bym mógł to spełnienie poczuć.

Kiedy wyjechałem z domu, pogoda nie była zbyt zachęcająca. Szaro- bury kobierzec chmur przesłonił błękit nieba, a delikatne krople zalotnie rozbijały się na szybie samochodu. Nie był to jakiś deszcz, który w odstraszający sposób mógł wpłynąć na frekwencję, jednak olbrzymia ilość obecnie rozgrywanych w całej Wielkopolsce biegów mogła wpłynąć dosyć negatywnie na ilość startujących. Jednak mieli nas odwiedzić dzisiaj goście z Hull, co mogło w jakiś sposób z jednej strony przyciągnąć, a z drugiej odstraszyć wielbicieli lub antagonistów międzynarodowych integracji. Dojeżdżając na parking ujrzałem już parę współbiegaczy od Punia i jego psiej partnerki. Kiedy się przywitaliśmy i poszliśmy w kierunku startu miło wspominaliśmy ostatni bieg. Ciekawe czy dzisiaj Punio znowu swojej Pani życiówkę sprokuruje. Kiedy doszliśmy na miejsce zbiórki pieski poszły się „wysiusiać”, a ja rozpocząłem cotygodniowe witanie z przybywającymi biegaczami. Jak zwykle rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, trochę o planowanym wyjeździe do Grodziska, trochę o pogodzie, ot takie Polaków przedbiegowe rozmowy. Trochę się niepokoiliśmy, gdyż nikogo z organizatorów jeszcze nie było na starcie. Czyżby bez zapowiedzi mieli się nie pojawić? To byłoby przykre. Ale nic, pobieglibyśmy bez nich, a każdy jakiś czas by sobie zmierzył i wrzucił gdzie trzeba. Kiedy tak rozmawialiśmy, nagle usłyszeliśmy warkot silnika samochodowego i olbrzymi kamień z wielkim hukiem stoczył nam się z serc. Bieg w oficjalny sposób się odbędzie, gdyż wódz prowadzący przyjechał. Z dużym luzem kontynuowaliśmy rozmowy spoglądając na coraz liczniej nadchodzące grupy biegających. Nasi zagraniczni goście także dosyć mocną grupą się zjawili. Oczywiście musiałem sobie zdjęcie z dwoma osobami zrobić i nie będzie chyba dla nikogo niespodzianką, kiedy powiem, że głównym motywem każącym mi się ustawić do zdjęcia była kobieta. No, ale już przyszła chwila ustawienia się na starcie i jak co tydzień wódz prowadzący w kilku słowach przywitał wszystkich i zaprosił na spotkanie integracyjne z gośćmi w Dublinerze, na godzinę 18, gdzie oprócz wspólnej integracji będziemy oglądali pojedynek ich drużyny Hull w finale pucharu Anglii z Arsenalem. Co prawda nie obstawiał bym zbytnio zwycięstwa drużyny naszych gości, ale co się możemy pointegrować, to ci którzy Dubliner odwiedzą niech się integrują jednocześnie podtrzymując ich na duchu. Ja niestety w sobotnie popołudnia mam trochę inne rzeczy do roboty, dlatego nie przyjdę. Tak sobie myślę, jak to zwapniałem na stare lata. Kiedyś bym pierwszy poleciał, a teraz… No cóż starość nie radość. A mówi się, że po 40-stce życie zaczyna się na nowo. Może w moim przypadku trochę w innym kontekście.

I już rozpoczynamy odliczać od trzech do zera tuż przed startem. Grupa się pręży, gotuje, słychać łomot bijących w piersiach serc. I już znak, czyli ruszamy. Słychać miarowy dźwięk tupiących po asfalcie sportowych butów. Staram się rozpędzić, bo mam w planie uzyskanie dobrego czasu. Deszczyk już nie kapał, było chłodno, sucho idealna wręcz pogoda do biegania. Grupa się rozciąga z każdym następnym metrem. Staram się biec za jednym z biegaczy, który wiem, że zawsze zdecydowanie lepsze ode mnie ma rezultaty. Przez pewien czas nawet udało mi się blisko niego trzymać. Jednak im dalej w bieg, tym bardziej mi „odjeżdżał”. Ale się nie poddawałem starając narzucić sobie względnie szybkie w moim odczuciu tempo. Na początku biegliśmy w dosyć licznej, chyba kilkunastu osobowej grupie. Staram się utrzymać w niej czując, że dzięki temu mogę uzyskać dobry czas.  Jednak grupa zaczyna coraz bardziej przyspieszać. Staram się biec razem z nią, ale to nie jest łatwe. Po chwili widzę oznaczenie pierwszego kilometra. Zerkam na czas 4 minuty i 29 sekund. Czyli jedno z lepszym moich otwarć. Zobaczymy, jak będzie dalej, gdyż drugi kilometr zawsze jest najgorszy. Te lekkie, ale jakże uciążliwe podbiegi. Staram się przyczepić do kogoś, kto biegnie przede mną, by nie stracić zbyt dużo na tym fragmencie trasy. Nie musze chyba wspominać, ze najbardziej wypatruję pań, ale albo są zbyt szybkie, albo biegną zupełnie gdzieś indziej. Więc biegnę za różnymi panami, niektórych udaje mi się dogonić, inni mnie przeganiają z szybkością niemal ponaddźwiękową. I już mostek, zbiegam w dół i zbliżam się do bramy Rosarium Widzę oznaczenie 2 kilometra. Zerkam na czas: 9 minut i osiem sekund. Ciągle jest dobrze. Staram się utrzymać tempo, ale nie jest lekko. Znowu podbieg, kawałek prosto i zbiegam w dół. Widzę bramę Rosarium. Tak jak wbiegałem, tak wybiegam. Kiedy wbiegałem mijałem osoby wybiegające, a teraz mijam wbiegające. I tak jest co tydzień. Oznaczenie 3 kilometra zerkam na czas 13 minut i 49 sekund. Trochę wynik spadł, ale ciągle jest szansa. Jednak przede mną najgorsze miejsce, czyli czołgi. Zbiegam w dół, staram się rozpędzić, by na ostrym podbiegu mieć jak najlepsze tempo i stracić jak najmniej. Jakoś się udaje, więc biegnę dalej. Po chwili widzę oznaczenie 4 kilometra. Zerkam na czas 18 minut i 44 sekund. Czyli, jak zawsze najwięcej tutaj straciłem. Ten kilometr w tempie ponad pięciu minut. No, ale ciągle jest jeszcze jakaś szansa na rekord. Więc znowu przyspieszam, starając się na ostatnim kilometrze nadrobić to, co straciłem na czwartym. I już jestem na żwirowanej dróżce. Ne było łatwo, ale staram się przyspieszyć. Widzę jedną prostą i wbiegam znowu pomiędzy szpaler drzew dumnie salutujących biegnącym. Staram się jeszcze rozpędzić. Po chwili słyszę za sobą tupot drobnych kroków i dobiega do mnie drobne dziewczę. Przybijamy sobie piątkę i staram się biec równo z nią. Ale nie jest łatwo, gdyż pani narzuca ostre tempo. Przypomina mi się legendarne zdanie z Seksmisji: kobieta mnie bije. I już chce się je przerobić na : kobieta mnie bierze. W sensie wyprzedza oczywiście, bez innych podtekstów. No i rozpędza się niczym antylopa, albo gazela zostawiając za sobą pył i kurz. A ja niczym ten wyleniały drapieżnik staram się podążać za nią, niczym za upatrzoną na sawannie zdobyczą. Ale ta zdobycz mi zdecydowanie przyspiesza. A drapieżnik nie ma aż takiej mocy. I już mamy ostatnią prostą. Oboje przyspieszamy. Staram się by odległość między nami już się nie zwiększała. Nie jest to łatwe, ale robię co mogę . I już widzę metę, ostanie kroki, trzy, dwa jeden i zabieram token od wolontariusza. Zatrzymuję czas, na stoperze ma 23 minuty i 28 sekund, czyli 5 sekund do mojej życiówki. Orgazmu nie ma, ale jest pełen namiętności pocałunek połączony z rozkosznym tańcem pary języków.

Jeszcze tylko podziękować gazeli, albo antylopie za piękne pociągniecie, rodzinne zdjęcie i idę zobaczyć, bo podobno wreszcie moja wymarzona koszulka z numerem 50 przyleciała. Niestety, kiedy otwieramy paczkę okazuje się, że taka sama jak już mam czyli tylko techniczna. Czyli jeszcze musze poczekać. Może przed setnym biegiem ją dostanę.  A jeżeli nie to trudno, może przed 250-tym. Wszędzie indziej bym się wściekał. Ale parkrun ma zupełnie inne prawa w moim życiowym ustawieniu.


4
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
~tgreg
Gość
~tgreg

Dzisiaj po raz pierwszy oglądałem parkrun od drugiej strony, po raz pierwszy zamiast biec ile sił w nogach do mety, wdziałem odblaskową kamizelkę wolontariusza i pomogłem w organizacji biegu. Mnie przypadło skanowanie, przez kilkanaście minut jesteś w środku niezłego młynu, trochę jak kasjerka w biedrze, generalnie jest bardzo sympatycznie, poza jedną osobą, którą bardzo zdenerwował fakt zakazu spisywania osób, które zapomniały kodu zawodnika. Na szczęście po chwili osoba ta znalazła gdzieś swój kod i humor jej się poprawił. Inne osoby takie niedogodności przyjmowały ze zrozumieniem. A Anglicy bardzo sympatyczni, opowiadali, że u nich w Hull parkrun biega z reguły 400-500… Czytaj więcej »

~Anna
Gość
~Anna

Oj dzisiaj rekordziku nie było 🙂 . Trzeba Punia bardziej nakręcić na męskie posladki to może wtedy się uda 🙂

~Robert
Gość

Kurczę miałem dzisiaj odpoczywać przed jutrzejszym półmaratonem w Tarnowie Podgórnym, a nabiegałem dzisiaj 21:36 na parkrunie. Trzymałem sobie wolne tempo prawie do samego końca, ale na ostatnim kilometrze złapałem wiatr w żagle, wziąłem się za wyprzedzanie i ostatni km wyszedł w 3:45 😉

Przed półmaratonem w Poznaniu w sobotę pobiegłem wtedy 22:15 i dzień później było OK.

A tak to jutro może być ciężko trzymać się baloników 😉

~freelove
Gość
~freelove

Ciekawe w czym jest problem z tymi koszulkami. Czekanie prawie rok to już przesada. Oczywiście samo bieganie najprzyjemniejsze ale tak się zastanawiam czy po ankiecie będą np. do kupienia gadżety. Ja bardzo chętnie nabyłbym zieloną koszulkę parkrun Poznań, żeby w niej biegać na co dzień. Jaka to reklama! A dla mnie duma i radość.