Mój dzień bezbiegowy

Na początku zaczynam, od miłej konwersacji z osobami, które zdecydowały się coś pod moje wypociny wrzucić. Freelove, jak pisałem nie będę się nad marką ani miejscem zakupu rozwodził, ale buty po prostu bajka. Co do pogody w Grodzisku, to co roku jest taka stała i niezmienna. Za każdym razem pogodowy Sajgon. Mam znajomego w pracy, który co roku tam jeździ i mówił, że nie ma opcji by było miło i przyjemnie pod tym względem. Natomiast pod każdym innym czyli atmosfery, opieki to jedna wielka rozkosz dla ciała oraz ducha. Sławku tak jak pisałem przy Orlenie masz sporo miejsc parkingowych. Najpopularniejsze miejsce pozostawiania samochodu jest przy Kościele Św. Krzyża. Tam możliwości i szans dosyć. Dorota, wierzę, że wolałabyś Naramowice, ale niestety zaczynamy, gdzie zaczynamy. Bardzo mi przykro z tego powodu. Dopisuję Ciebie przy rondzie. Robercie  buty już wczoraj były w „robocie”. Jutro na parkrun także piątkę zaliczą, więc przed „połóweczką” powinny być względnie gotowe. Obecnie nasze rozstawienie wyjazdowe wygląda następująco:

Skoczowska/Masztowa: Biegacz Amator

Rondo Starołęka: Paweł Dąbrowski, Sławek Stefaniak 2 osoby i January Stawiarz, Dorota Kolber

Stacja Orlen: Sławek Stefaniak 2 osoby i January Stawiarz, Robert Walczak

  1.  Agata
  2. Hubert Mleczak
  3. Jakub   Geppert
  4. Paweł   Dąbrowski
  5. Agnes Scipio
  6. Krzysztof  Wietrzykowski
  7. Zbigniew Marek Kosiński    r
  8. Adelina Mitych Bem
  9. Wiesław  Chojniak
  10. Grzegorz Sowa
  11. Agnieszka Łabędź

 

Może jutro wszyscy, którzy mogą zjawimy się na Cytadel i ustalili dokładną marszrutę dalszego postępowania?  To tylko taka luźna sugestia, ale byłoby miło. Zresztą przed niedzielnym „gonieniem” warto spokojną przebieżkę zrobić. Kilka osób ma jeszcze takie lub inne niedopłaty, byłbym wdzięczny, gdyby w sobotę temat z obszaru pozasportowego został już załatwiony.

Uff, ale się nagadałem. Ale mam cichą nadzieję, że względnie klarownie i zrozumiale, a do tego bez zbytniego zaciemniania horyzontów, w czym podobno szczególnie gustuję. Tak, jak wcześniej wspominałem, dzisiaj dzień bezbiegowy, więc dopadła mnie głupawka i trzyma, że aż wióry lecą… Nie chyba ten kontekst nie pasuje. Może rąbie, albo trze? Kto ją wie, w każdym razie trzyma i nie ma zamiaru puścić. Ale muszę dać organizmowi trochę wytchnienia i czasu na regenerację nadwątlonych sił. No ale to nie taki proste. Tak jak Robercie pisałeś buty chcą jeszcze wybiegania. I mimo, że gdzieś tam spokojnie stoją, to słyszę ich głosy wołające na puszczy „ załóż nas, rusz się czas biegać, co te cztery litery bezproduktywnie mościsz”. No i muszę się powstrzymywać, by nie przebrać się i nie polecieć przed siebie  w rytmie przez moje nowe obuwie wystukiwanym. Ale nie powiedziałem sobie, że będę twardy i nie odpuszczę. Dzisiaj dzień przerwy i tam ma być. Biegać pójdziemy ( moje buty i ja) w dniu jutrzejszym, na moim ulubionym tuptaniu w parku Cytadeli. Przepadło, koniec i nie ma innej opcji do wzięcia pod rozwagę. Wiem co myślicie, że gadam sam do siebie, ale staram się jeszcze względnej normalności zachować pozory.

Muszę szybko zmienić temat na troszkę inny. A jak zmienić a nie ma innego, to są dwa wyjścia: albo kobiety, albo pogoda. No, na temat kobiet wolę się nie rozpisywać, bo znowu podpadnę i będzie, że jestem zboczony do kwadratu, albo i sześcianu seksoholik nałogowy. A i tak już tam mam zszarganą opinię, że po co ją jeszcze dodatkowo dobijać? No więc może przejdę na bardziej neutralny grunt. Czyli pogoda. Bo pogoda jaka jest każdy widzi. Robi się coraz cieplej i nie wygląda, aby przed końcem tygodnia mogło to ulec zmianie na plus biegających. Wręcz przeciwnie. Ma  być jeszcze cieplej, czyli będzie się działo. A może burza przyjdzie, i grzmotami rozładuje rozpaloną pocałunkami słońca atmosferę? No kto to wie. Prawdopodobnie nikt z tuptających. I tak na te warunki nie mamy żadnego wpływu i musimy przyjąć z pokorą to, co nam natura na talerzu pogodowym zaserwuje.  I tak już być musi i tak będzie.

Muszę się na zakończenie przyznać, że ostatnio w sprawach służbowych parę razy byłem w Grodzisku i za każdym razem może myśli dookoła niedzieli krążyły. Na szczęście w czasie rozmów z klientami zachowałem na tyle rozsądku, by nie wchodzić na wiadomy temat. Bo co by było, gdybym trafił na wyjątek potwierdzający regułę, ze wszyscy mieszkańcy uwielbiają maraton i biegaczy w nich biegnących? I miałbym przyjemność rozmawiać z kimś, kogo zdanie jest wyjątkowo negatywnie nacechowane? I z rozmów i z dobrego humoru zrobiła by się jedna wielka…. kupa błota. I tak wszyscy mają wizję co chciałem napisać, tyle że mój wrodzony wstyd i takt mi zabronił. Ale sobie maślę.

Z drugiej strony co mi pozostało, jeżeli nawet iść biegać dzisiaj nie mogę. To znaczy móc, mogę ale nie chcę. No nie, wcale nie chcę, bo chcieć to chcę, ale nie wypada, bo móc mogę… Oj coś się kręcić zaczyna. To jest klasyczny objaw głupawki bezbiegowej.

Na zakończenie chciałbym jeszcze raz wrócić do kwestii obuwia. Jak to człowiek się cieszy, jak mądry inaczej bateryjką. Kiedy zaczynałem biegać, uważałem że na kupno butów, to szkoda kasy. Byle były jakieś sportowe i najprostsze. Bo przecież służyć mają tylko do biegania i czego tu można wymagać i oczekiwać.  Na droższe nawet nie patrzyłem, bo uważałem że to snobizm w markowość uzależniającą prowadzący. Jednak, kiedy po trzech miesiącach moje pierwsze „ biegaczki” mi się porostu rozleciały, stwierdziłem, że może nie najtańsze, ale jakieś w rozsądnej cenie kupić trzeba. No i wybrałem tym razem nie za „dzieści”, ale „dziesiąt” złotych. Dumny, że poznaniak się przełamał, zacząłem w nich biegać. Posłużyły mi pół roku i spotkał je ten sam los co poprzedniej pary. No i co było robić trzeba było przekroczyć tą magiczną, jak mi się zdawało granicę stu PLN za buty. A wiadomo, że poznaniak, to Szkot wygoniony z ojczyzny za skąpstwo, a Szkot to Poznaniak wygnany z Wielkopolski za rozrzutność. Ale przełamałem się i kupiłem. I cóż… okazało się, że wytrzymały koło roku. I dlatego w tym tygodniu już kupiłem takie, jakie mi polecono w sklepie naszą grupę społeczną ( czyli biegaczy) obsługującą. Zobaczymy, na jak długo tym razem mi posłużą. Bo patrząc logicznie, jeżeli biegam tygodniowo w wersji treningowej 44 km, to daje miesięcznie koło 200 km. Czyli rocznie 2400. Jeżeli dodamy dłuższe starty, to wyjdzie, że w tym roku zrobię koło 2500-2600 km. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma siły by jakiekolwiek buty wytrzymały kilka lat takiego biegania. Jeżeli wytrzymają rok, to dobrze. Jak się uda dwa to rewelacja. Ale może się okazać, ze wytrzymają krócej i znowu trzeba będzie do kieszeni sięgnąć. Ale jeżeli mam sięgać, by wydawać na wódkę, narkotyki czy inne używki, to wolę już na buty. I zdrowsze i jakiś głębszy sens w tym jest. A że za hobby trzeba płacić? Jak ktoś wędkuje, to także musi na sprzęt wydawać. O kobietach już wolę nie wspominać, z wiadomych powodów  Każda pasja musi wiązać się z takimi lub mniejszymi wydatkami. No chyba, że ktoś ma pasję spoglądać w niebo i liczyć chmury.


3
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
數碼營銷綜合方案
Gość

網站分析

~freelove
Gość
~freelove

tgreg ma rację. Maximum 1200 kilometrów na buty, ale wszystko w zależności od wagi. Jak ktoś jest cięższy to rozdepcze je znacznie szybciej. Trzeba to mieć na uwadze.

~tgreg
Gość
~tgreg

Trwałość butów biegowych, nawet tych najdroższych, zakładana jest na 800, góra 1000 km. Po takim kilometrażu, nawet jeśli optycznie wyglądają wciąż ładnie, na pewno nie mają już takich właściwości amortyzacyjnych i sprężystości jak na początku. Przy dystansach jakie pokonujesz, dwie pary butów rocznie to i tak będzie dobry wynik. Na tym elemencie ubioru akurat nie warto oszczędzać,

Do zobaczenia w Grodzisku, ja jutro wyjątkowo odpuszczam Cytadelę.