Jak codzień, biegowe przemyślenia biegającego amatora

Kiedy opublikowałem wczorajszy tekst nasunęły mi się po ( jak zwykle po fakcie) pewne mało optymistyczne refleksje. No cóż, opublikowane sprawa zamknięta, albo dopiero otwarta. Byle by się nie „rypła”. Kiedy w sobotę przyjdę na Parkrun z podbitym okiem, to znaczy, że tekst czytała moja żona. Jeżeli oba narządy służące do patrzenia, będą otoczone fioletową obwódką, to znaczy…. ok już bardziej się nie wkopuję.

Natomiast przechodząc do dzisiejszych spraw biegowych( a nawet wczorajszych, bo z racji rozważań o lekkim zabarwieniu filozoficznych, nie było na nie miejsca), to musze przyznać, że mamy istną ruletkę pogodową. Wczoraj cały ranek i południe padało. Siedząc w pracy obserwowałem  jednostajny strumień wody z nieba płynący. No, to są myślałem, przyjdzie biegać w wersji wodnej, rozbryzgując dookoła radośnie krople wody, spod nóg się unoszące. Jednak, kiedy przyszedłem do domu, przebrałem się i poszedłem biegać, to pojawiło się na nieboskłonie, piękne słońce. I zrobiła się cudowna, wiosenna pogoda. Nic tylko radośnie biec przed siebie zgodnie z ustalonymi poniedziałkowymi i wtorkowymi zasadami, robiąc nagłe i spodziewane przyspieszenia. Co prawda ciągle muszę biegać lekko zmienioną trasą, ze względu na roboty kanalizacyjne, na ulicy realizowane, ale jakoś sobie daję radę. Co prawda przez te roboty muszę trochę dodać metrów, do stałego odcinka, ale co mi tam. Jak to się mówi: „ co nas nie zabije, to nas wzmocni”. I dlatego tak super się biegnie połykając każdy metr twardej, czy miękkiej nawierzchni, po której przychodzi mi krążyć. Jakoś zwiększony dystans nie wpływa negatywnie ani na moje siły, ano ochotę do dalszego biegu. Wiem, że ktoś może powiedzieć, że ja już taki świr, którego wszystko, co związane z biegiem „rajcuje”, niezależnie od mniej,  lub bardziej krytycznych opinii innych ludzi. I coś w tym chyba jest. Tak na marginesie wczoraj, mimo, że trasa wydłużona, to i tak uzyskałem wynik na poziomie dobrych interwałowych biegów na trasie normalnej długości. Czyli widać, że moje siły biegowe po Półmaratonie wyraźnie wzrosły.

Natomiast dzisiaj zauważyłem w mojej skrzynce mail informację od organizatora Interrun, że pakiety są od odbioru w Starym Browarze już od czwartku. Nawet się super składa, gdyż w czwartek, piątek i wtorek biorę sobie w pracy urlop, czyli będę mógł podjechać i odebrać. No i już powoli wchodzimy na etap mentalnego przygotowania do tego biegu. Bo mimo, że to niby „tylko kolejna dziesiątka”, to jakże inna przez wzgląd na trasę, umiejscowienie, oraz to czym każdy bieg różni się od innego. Swoim nieporównywalnym z niczym innym urokiem. Bo każdy bieg ma swój unikalny i wyjątkowy urok i smak. I nie ma znaczenia, czy jest to mój n-ty bieg na Cytadeli, czy kolejna dziesiątka czy półmaraton. Każdy jest inny i każdy wyzwala zupełnie inne, wyjątkowe emocje. I tak być musi.

Kiedy wróciłem do domu, była bardzo przyjemna pogoda. Nawet słońce ukazywało nieśmiało swoje pyzate oblicze. Co prawda wdziałem wiszące i powoli zbliżające się czarne jak smoła chmury, ale nie stanowiło to dla mnie żadnej przeszkody. Oczywiście, jak zawsze najpierw wyprowadzenie psicy, potem przebranie i już pędzę, oddając się nagłym przyspieszeniom. Co prawda chmury coraz groźniej się zbliżały, ale gdzież mogłoby to przerwać mój cykl biegowy. No i tak plus minus w jednej trzeciej dystansu nagle lunęło. Może nie był to jakiś szalony deszcz, ale wielkie, ciężkie krople deszczu bombardowały mnie ze wszystkich górnych stron. Biegnąc w tym deszczu cieszyłem się w duchu, że nie ma tego, co widziałem w pracy, czyli wielkiego gradu, bombardującego powierzchnię ziemi kulami  wielkości dosyć wyrośniętej kaszy. To byłoby z lekka mało ciekawie, a taki deszcz? Co mi tam. Trochę godniejszy deszczyk. Co najwyżej jego dosyć poważne krople obmyją moją myśli i duszę gasząc nieustannie płonące w duszy czarne ognie namiętnego pożądania. Rany, co skrobię znowu jak zobaczy to ktoś, kto nie powinien, to będzie się działo. Latające spodki, talerze, istne domowe UFO. Ale co mi tam. Nigdy nie jest tak źle, aby gorzej być nie mogło. No więc biegnę, co chwile przyspieszając i starając się robić uniki, przed co większymi kroplami z góry nagle nadlatującymi. Oczywiście podśpiewując sobie w duchu „deszczową piosenkę” podstawiając zamiast „ I am singing In the rain”,  „ I am running In the rain”, co bardziej odpowiadało wydarzeniom rzeczywistym. Co prawda powinienem wtedy bieg połączyć z tańcem, jak Gene Kelly, ale ani on nie biegł tańcząc, ani ja nie tańczyłem biegnąć, więc sprawiedliwość została zachowana. Natomiast sam bieg był jak zwykle super. Co prawda wynik o 15 sekund gorszy niż wczoraj, ale i tak poziomie mocnych rezultatów interwałowych biegów. A trasa ciągle wydłużona.

Niedługo rozkopy dojdą do mnie i wtedy będzie mała, aczkolwiek zasadnicza kicha. Bo albo samochód ustawię gdzieś z boku, albo na czas ich trwania będą całkowicie spieszony. Ale co w tym złego? Kopanie kopaniem kanalizacja kanalizacją, a życie i biegi muszą toczyć się dalej. Co najwyżej na Parkrun transportem miejskim raz czy drugi dojadę.

0 0 vote
Article Rating

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments