Lipiec – miesiąc ważnych jubileuszy dla biegacza amatora

Jak już dwa razy w tym miesiącu nadmieniłem, lipiec ma w moim biegowym kalendarzu szczególne miejsce. Raz, to właśnie na początku lipca siedem lat temu rozpocząłem moją przygodę biegową. Jak pisałem nigdy wcześniej nie biegałem, ba miałem wręcz awersję do biegania i w najczarniejszych snach nawet nie przypuszczałem, że mogę zostać „zarażony” taką właśnie pasją. A jednak jak widać na moim przykładzie pasja biegania może dokładnie każdego trafić. No, ale o tym już parę dni temu pisałem, więc nie zamierzam bić piany.

Drugi lipcowy jubileusz miał zdecydowanie większe na biegowym rynku znaczenie niż fakt, że kolejny wariat przystąpił do biegowej braci. Siedem lat temu w Poznaniu wystartowała czwarta w naszym kraju lokalizacja mojego ulubionego cyklu biegowego, czyli parkrun. O tym też już parę dni temu bardziej złożony tekst popełniłem, dlatego nie zamierzam bić piany. Tyle, ze chciałem dzisiaj we wpisie zatrzymać się na oficjalnych obchodach siódmych urodzin parkrun, które właśnie dzisiaj miały miejsce. No i trzeba przyznać, że były to godne urodziny. Na starcie pojawiło się dzisiaj 263 osoby… Dla porównania w pierwszej edycji pobiegły 54 osoby, a kiedy ja zacząłem chodzić ( od 10 parkrun w Poznaniu) to biegało nas tak między 60 a 80 osób, a jak parę razy, wręcz incydentalnie pojawiła się setka biegających to było prawdziwe święto lasu i zadrzewień. A dzisiaj już bliżej trzystu i te 6-7 razy więcej osób niż na początku.

Zresztą mieliśmy dzisiaj troszkę wspomnień, gdyż bieg prowadziła Jola – nasza matka założycielka poznańskiego parkrun. Ona właśnie należała do trzyosobowej grupy inicjatywnej, która stworzyła w Poznaniu czwarty parkrun w naszym kraju. Oczywiście dzisiaj Jola prowadziła bieg, bo kto jak nie ona. Sam bieg, jak zwykle super, piękna pogoda, tłumy biegaczy, nic tyle radować się każdym kolejnym pokonanym kilometrem. Co prawda na parkrun nie ma ich za dużo, bo tylko 5, ale za to jest 5 kilometrów nieustannej biegowej radości. Jest to w końcu dystans, który każdy nawet niezbyt regularnie trenujący biegacz jest w stanie pokonać. Co do wyników, to od 3 tygodni biegam wyjątkowo regularnie, gdyż różnica między trzema ostatnimi startami jest na poziomie 3 sekund, czyli niesamowita wręcz regularność. Mam nadzieję, że kiedy uda na wadze dobić do tych 76-78 kilogramów, to i może zamiast 27 to 26 z przodu będzie. Na razie trzeba dobić, gdyż moje założenie na maraton w listopadzie było właśnie te 78 kg ( wtedy było 17 kg więcej), a jest opcja że te 78 będzie już w pod koniec sierpnia. A wszystko mniej, to już będzie plus. Jak napisałem ostatnio, osoby, które mają skłonności do nadwagi, nigdy nie mogą tracić wagowej czujności.

Dlatego też dzisiaj po biegu już wolałem nie czekać na uroczyste obchody, tylko biegiem w ramach dalszej części biegowej soboty do domu. Ja niestety wszystko co słodkie odkładam już na zawsze. Dla mnie jedzenie słodkiego w trakcie czy nawet jak będę już po kuracji jest tym czy dla na narkomana po odwyku strzelenie sobie działki, bo w końcu od jednej nic się nie stanie. A wiadomo jak to się potem kończy. Dlatego dla radosnego samopoczucia i mocy biegowej trzeba powiedzieć słodkiemu i innym tego typu szkodliwym posiłkom: adios para sempre. Jedni mogą, inni niestety nie.

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Sport