Po moich ostatnich wpisach na temat mojego odchudzania oraz dosyć godnych w tym zakresie wyników, sporo osób pytało mnie o moją dietę. Jak napisałem jest ona dosyć restrykcyjna i nie proponowałem nikomu jej stosowania, tylko raczej poszukania własnej ścieżki odchudzania. Jednak po dłuższym zastanowieniu myślę, że jest kilka ogólnych tematów, regionów odchudzania, które mogą pomóc tym, którzy na poważnie chcą ze swoją nadwagą się zmierzyć.

Myślę, że taką najbardziej istotną sprawą jest stopniowe wprowadzanie czy raczej przygotowanie swojego organizmu do planowanej diety. Kiedy od razu rzucimy się na bardziej lub mniej restrykcyjną dietę, to nasz nieprzystosowany do tego organizm może się zbuntować i powiedzieć : „nie ja to spółkuję ( w dużo brzydszej formie) i się nie odchudzam. Dlatego pierwszy okres to powinno być przygotowanie organizmu do właściwego odchudzania. Na czym powinno to polegać? U mnie po prostu ogranicza się to eliminacji najbardziej szkodliwych elementów mojej codziennej diety. Jadłem normalnie, ale wyeliminowałem całkowicie słodkie, piwo i inne takie budujące wagę i tłuszcz rzeczy. Jak długo ten okres powinien trwać? W zależności od tego na jakim etapie „utycia” nasze ciało się znajduje. Kiedy ruszałem z moją pierwszą akcją odchudzającą, czyli gdy ważyłem 132 kg, to trwało to cały pierwszy rok. Dzięki odstawieniu tych pokarmów dużo nie zjechałem, gdyż tylko 8 kg, ale przygotowałem mój organizm do ostrej ofensywy odchudzającej, którą miałem na następnych dwóch latach, kiedy zgubiłem 24 i 12 kilogramy, czyli przez 2 lata 36.

W tym roku aż takiego przygotowania już nie potrzebowałem, bo raz nie miałem aż takiej nadwagi ( a w zasadzie wtedy to była otyłość), a dwa mój organizm już wie z czym „je się odchudzanie”. Jak pisałem w listopadzie zeszłego roku, kiedy zobaczyłem na wadze 95 kilogramów znowu postanowiłem się wziąć za siebie. Jedna pierwsze 3 miesiące, tak do stycznia, to było właśnie takie klasyczne przygotowanie organizmu. W diecie poza słodkim i innymi posiłkami poza klasycznymi trzema dziennie ( ale już w stałych godzinach) nic nie zmieniłem. No i w efekcie w styczniu nie było zbytniej różnicy. Tak te dwa, trzy kilo mniej, tak więc te 92-93 kilogramy, co nie było zbytnio motywujące. Od stycznia z miesiąca na miesiąc zacząłem nawet te trzy posiłki dziennie także modyfikować i ograniczać, tak by od połowy maja dotrzeć do tej rygorystycznej rozpiski, którą mam obecnie. W efekcie w maju doszedłem do 85 kilogramów, a kiedy dzisiaj wszedłem na wagę to już jestem na 80. Jest więc spora szansa, że do końca sierpnia moje maratońskie założenie, czyli 78 kg osiągnę, a do maratonu może nawet pod te 75-76 się zakręcę, a to już będzie ok. Kto wie, może nawet w tym roku do mojego ostatecznego odchudzającego planu czyli tych 72-73 dobiegnę.

No i tutaj po osiągnięciu planowanego wyniku, kolejny problem: co zrobić, by wagę utrzymać, a nie przytyć. Niestety pewien rygor żywieniowy, trzeba już zachować praktycznie do końca życia. Co to znaczy? W moim przypadku, jak już napisałem: kompletny zakaz słodkiego, a piwo? Może raz góra dwa w miesiącu, ale to naprawdę wyjątkowo. Chociaż z drugiej strony jak pić jedno czy dwa w miesiącu to może lepiej wcale. W końcu i bez piwa i bez słodkiego da się jakoś wyżyć. Niestety my, którzy mamy skłonności do otyłości musimy przez życie biec drogą posypaną kolcami. No chyba że mamy w pupie jak wyglądamy i jak się czujemy, a krótkotrwała chwila przyjemności związana ze smakowaniem słodyczy jest ważniejsza od naszego zdrowia i samopoczucia. No i co dla mnie jako biegacza jest najważniejsze czyli dla moich wyników. Pod koniec zeszłego roku, kiedy ważyłem najwięcej, biegałem parkrun na poziomie około 30 minut, teraz biegam poniżej 28. I to nie tylko modyfikacja treningu jest głownym efektem progresji wyników. Tak podsumowując dzisiejszy wpis nasunęło mi się pewne porównanie. Rzucanie się na dietę, bez wcześniejszego przygotowania do tego organizmu, to jakbyśmy startowali w maratonie bez wcześniejszej rozgrzewki…