Uroki zabawy biegowej

Jak już pisałem kilka razy, od czerwca rozpocząłem etap przygotowujący do mojego głównego tegorocznego startu, czyli poznańskiego październikowego maratonu. Z powodu, że moja waga powoli zbliża się do tej wskazanej, ale jeszcze nie jest, dlatego moje treningi dopasowuje właśnie do tych nadmiernych kilogramów. Krótko podsumowując mój dotychczasowy trening sprowadzał się głównie do klepania podbijanych z tygodnia na tydzień kilometrów. Dla praktyków i speców biegania nie jest to odpowiednia metoda, gdyż nie same kilometry się liczą, ale głównie te dodatki do treningu stanowiące urozmaicenie i budujące naszą szybkość, moc i co tam jeszcze potrzeba. Owszem jest to ważne i z pewnością niezbędne dla wielu, ale jak już kiedyś pisałem, jeżeli ktoś nie wie, co to znaczy bieganie z nadwagą, nie ma z nią problemów, ten nie jest w stanie zrozumieć treningu osób z kilogramowym balastem na karku. W takiej sytuacji trzeba biegać zupełnie inaczej, gdyż nasze mięśnie i ścięgna otrzymują takie dodatki obciążające, że warto to robić z głową.

Na szczęście już powoli zbliżam się do równowagi wagowej, więc wczoraj mogłem już sobie pozwolić na taką poważniejsza treningową zabawę biegową. Wyglądało to prosto. W trakcie treningu, tak po pierwszych 2-3 kilometrach na rozbieganie troszeczkę przycisnąłem, za zasadzie: minuta szybka, minuta normalna. I takich 10 zestawów, czyli 10 minut szybkich i 10 wolniejszych. I muszę przyznać, że w czasie tego treningu dostałem prawdziwego, dawno nie odczuwalnego biegowego ognia połączonego z radością a nawet pewną formą euforii biegowej. Nie muszę chyba dodawać, że to był mój najszybszy trening na tej trasie, a mój dotychczasowy najlepszy czas poprawiłem o ponad 2 minuty. Co prawda na dystansie ponad 11 kilometrów może nie jest to jakiś super wynik, ale jak na takiego pozbawionego talentu biegania amatora, jak ja to już było coś.

No i przed nami kolejny weekend, a to oznacza dalsze nabijanie kilometrów. Co prawda w sobotę wzbogacone parkrun, gdzie znowu się trochę przyśpieszy, ale potem do domu już bieg normalny. No i w niedzielę znowu nad Maltę, dookoła jeziora z do domu, czyli w sobotę około 15, a w niedzielę koło 18 kilometrów powinno być zrobione. No i tak powoli, systematycznie przygotowuję się do poznańskiego maratonu. Myślę, że w tygodniu sobie na dwóch treningach takie zabawy biegowe do treningowego katalogu wprowadzę. Można napisać, że biegowa praca wre.

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Sport